media społecznie zaangażowane

Monolog o znaczeniu dialogów

Justyna Barańska
11 października 2004
Przemocą jest każde działanie, które podejmujemy, jakbyśmy działali sami jedni: jak gdyby cała reszta świata istniała tylko po to, by przyjąć to działanie. Przemocą jest więc każde działanie, jakiemu podlegamy nie będąc pod żadnym względem jego współwykonawcami1.

Chyba musisz zgromadzić zbytek cierpliwości, bo moje zadanie niebezpiecznie graniczy z obłudą. Przedstawiam kilka wynurzeń w kwestii cnót, których nie posiadam, zatem proszę Cię o wyrozumiałość.

Zwyczajny fakt rozmowy wychodzi w pewien sposób poza porządek przemocy. Ten banalny fakt jest cudem nad cudami. Mówić, to poznawać drugiego i jednocześnie dawać mu się poznać. Ten drugi jest nie tylko poznawany, jest pozdrawiany. Nie tylko poznaję, lecz jestem w towarzystwie.

Toczą się rozmowy między… Należy przedyskutować… Potrzebny jest dialog na temat… Musimy porozmawiać… Często jednak w przystępie szczerości i zniecierpliwienia podczas dyskusji, dialogów, pogawędek, rozhoworów, oświadczam, oznajmiasz: to jest poza dyskusją, koniec gadania, ta rozmowa nie ma sensu. Takie wypowiedzi niekiedy rozmówca przyjmuje z ulgą, myśląc tak samo, czasem reaguje urazą, żalem, oburzeniem – nie chcesz ze mną gadać?

Ta wymiana, jaką pociąga za sobą słowo, jest właśnie działaniem bez przemocy: ten, kto tak działa, w samym momencie swego działania zrezygnował z wszelkiej dominacji, z wszelkiej nadrzędności, już się wystawia na działanie drugiego w oczekiwaniu na odpowiedź.

Równie niezadowolony atoli bywa ten, kto wypowiedział swą niechęć do dialogu: pogadać chcę, naprawdę trzeba mi rozmowy na ten temat, ale… nie takiej, nie w ten sposób prowadzonej. Ale jakiej?

Mówienie i słuchanie stanowią jedno, a nie następują jedno po drugim. Mówienie ustanawia w ten sposób moralny związek równości i w konsekwencji odkrywa sprawiedliwość. Nawet, gdy mówimy do niewolnika, mówimy do równego sobie.

Niesmak, niezrozumienie i niedosyt pozostałe po wymianach zdań (niekiedy myśli), zdają się tak nieuniknione, jak różnice w upodobaniach, obyczajach i charakterach ludzi. Reakcja negatywna – bo mi przerywają, bo nie rozumieją, bo zagadają mnie i zakrzyczą, bo… – jest naturalna i szybka. Trudniej sprecyzować własne pragnienia i potrzeby: czego tak naprawdę chcę od Ciebie, gdy z Tobą rozmawiam? Jakiej rozmowy mi trzeba?

To, co mówimy, przekazywana treść, możliwa jest jedynie dzięki temu związkowi twarzą w twarz, gdy drugi liczy się jako rozmówca zanim jeszcze zostanie poznany. Patrzymy na spojrzenie. Patrzenie na spojrzenie jest patrzeniem na to, co nie oddaje się, nie poddaje się, lecz mierzy nas wzrokiem: jest patrzeniem w twarz.

Ale jeszcze trzeba uogólnić własne oczekiwania, ujmując je w określoną strukturę, wyznaczyć zasady rozmowy, która spełnić może tak samo moje, jak cudze oczekiwania. Zdaje się to stratą czasu. Jednak tyle kłótni wynika z dobrej woli obu stron – ja chcę logicznej dyskusji na zadany temat, Tobie milsze zwierzenia w zaufaniu; mnie pachnie apetycznie lekkim absurdem, gdy dla Ciebie to sprawa życia i śmierci. A co mamy do wyboru?

Fascynujące dyskusje, polegające na udowadnianiu sobie nawzajem, że jest się wielbłądem, są jak narkotyk. Gdy poznało się ich zalety, zwykle trudno zaprzestać odruchowego wykłócania się, bezczelnego zaprzeczania autorytetom, oczywistym prawdom, zdroworozsądkowym teoryjkom.

Wymyślili je Grecy. Wredny i złośliwy Sokrates – nie ważne co sobie myślał – ważne, że się czepiał, gryzł jadowitymi pytankami, zbijał z tropu, zmuszał do szukania – prawdy? Chyba… Bo to o prawdę ma chodzić, chociaż często jej szukanie rozpada się w fajerwerki błyskotliwych sofizmatów. Zgnębieni wtedy kończą dyskusję jej uczestnicy, przekonani o jałowości „przeciągania liny”. Podyskutować jest z kim – ale nie ma do kogo ust otworzyć.

Dyskusja takowa bowiem posiada surowe wymagania dotyczące odpowiedzialności za słowo, argumentację wspierającą określone tezy. By zbudować rzetelnie gmach prawdy, bezlitośnie należy odrzucić wszystko, co jest zbyt słabe, by oprzeć się naporowi wszelkich logicznych wątpliwości.Ale przytłoczeni budowanym gmachem nikną pod nim jego twórcy. Bo, przecież, dyskusja ma być obiektywna. Logiczna. Bezosobowa. „Światopoglądy” stapiają się w jeden. Uniwersalny. – Przecież ja Pana wielce szanuję prywatnie i cenię, Panie Profesorze, ale Pana wypieszczona teza to kompletny debilizm, z uwagi na…

Ma dyskusja „grecka” swoją poezję. Szaleństwo skrywa się w nieprzewidywalności ścieżek, którymi wędrują rozumy uwolnione – więcej lub mniej – spod kontroli zdrowego rozsądku. Jest sportem ekstremalnym – podnosi adrenalinę u uczestników, którzy nigdy nie są pewni, do jakich wniosków dojdą. Nie o to chodzi by złapać króliczka…

Rozmowa chyba jednak bierze się i stąd, że jest z kim rozmawiać. Pierwszy kontakt ma się z człowiekiem, nie z ideą człowieka. I świadomość tego pozwala przyglądać się komuś innemu z perspektywy nie tyle „nośnika światopoglądu”, co subiektywnego całkiem i pozbawionego dowodów na swe istnienie człowieka.

Aleć to wtedy zamiast wznosić wspólnym kompromisem i porozumieniem budowle rozumu, pokazuje się ten cenny, nieobiektywny kawałek siebie, który być może lepiej byłoby schować, głęboko, nie narażając go na uszkodzenie. A ujawnienie się w rozmowie powoduje bezbronność. „Zwierzanie” jest sposobem na „powierzanie się”. Odsłonięcie „w zaufaniu” siebie to sposób na „zbudowanie”. Nie konstrukcji świątyni Prawdy Obiektywnej, pustej i niezamieszkałej, ale mostu od Twojej prawdy do mojej.

Trzeba Ci było czegoś innego? Oczekujesz konkretów: gdzie, kiedy, po co rozmawiać. Pominęłam rozmaite sposoby tworzenia mądrych dialogów. Ale w końcu nie mogłam napisać wszystkiego o wszystkim. Napisz, pogadaj, dopowiedz, uzupełnij. Ucieszyłabym się.

Tekst pochodzi z „Recyklingu Idei” nr 2/2003.

Przypisy:

1. Wszystkie cytaty z: E. Levinas, Trudna wolność. Eseje o judaizmie, Gdynia 1991.