Dzisiaj Madryt, jutro Warszawa?
Oglądając obrazy z Madrytu trudno siedzieć spokojnie przed telewizorem i przyglądać się, jak wynoszą z pociągu kolejne zwłoki. Zwłaszcza, gdy ma się w tym kraju przyjaciół. Niepewność, czy ich przypadkiem nie było na stacji Atocha. Irracjonalny lęk, skoro mieszkają w Walencji i nie powinno ich tam być. Ale niepewność dręczy dopóki nie nadejdzie odpowiedź na sms „żyjecie?”. Wszyscy teraz zadają pytania. „Dlaczego? Kto to zrobił?” Terroryzm to broń rozpaczy i desperacji. Sięgano po nią wielokrotnie w dziejach, gdy toczyła się walka pomiędzy Dawidem i Goliatem. Ten pierwszy nie może frontalnie stawić czoła wrogowi i jest w stanie jedynie go kąsać. Prowadzi to do tego, że aby zachwiać kolosem, słabszy często sięga po metody ostateczne. Terroryzm zwykle polegał na atakowaniu przedstawicieli administracji państwa czy organizacji z którą walczono. Polacy nie są tu wyjątkiem. Tak robili polscy bojowcy PPS z Piłsudskim na czele lub chociażby żołnierze Armii Krajowej. Rzecz komplikuje się wtedy, gdy ataki te nie przynoszą oczekiwanych rezultatów. Bojownicy tracą z oczu główny cel i zaczynają uderzać na ślepo. A im bardziej dane państwo ich „przyciska do ściany”, tym mniej stają się przewidywalni. Tak stało się między innymi z łódzką bojówką PPS po rewolucji 1905 roku, która, ze względu na szerzący się w jej szeregach zwykły bandytyzm, została rozwiązana. Tą drogą być może kroczy teraz ETA, która – coraz gwałtowniej atakowana przez prawicowy rząd Aznara – sięga po niewyobrażalne dotąd środki. Państwo hiszpańskie delegalizując między innymi polityczne ramię ETA – Batasunę, tępiąc separatyzm baskijski w każdy dostępny sposób, potęgowało jedynie konflikt, nie rozwiązując jego przyczyn. Znamy to doskonale z konfliktu izraelsko-palestyńskiego.
A jeśli to nie ETA?
Rząd Partii Ludowej, mimo sprzeciwu przytłaczającej większości mieszkańców Hiszpanii, bez mrugnięcia okiem przystąpił do wojny z Irakiem. Tym samym wystawił obywateli swojego kraju na ogromne niebezpieczeństwo działań odwetowych. Linia frontu biegnie znów ulicami Madrytu, jak podczas wojny domowej. I podobnie niczym za czasów grandów i hidalgów, głos zwykłych ludzi jest ignorowany. Tymczasem to nie politycy ponoszą konsekwencje za swoje decyzje, ale ci, którzy się im sprzeciwiali. Zgodnie z obowiązującą propagandą, upadek Husajna miał zmniejszyć zagrożenie ze strony terroryzmu. Okazuje się, że jest dokładnie odwrotnie. Ale cóż z tego? Interes w Iraku ma ogromny potencjał rozwojowy, „grube ryby” zacierają ręce, a straty w porównaniu z zyskami wydają się im niewielkie. Co najwyżej zginie paru żołnierzy, cywilów irackich i co jakiś czas kilkadziesiąt lub kilkaset osób w zamachu. Wojna z terroryzmem dotyka głównie szaraczków, jak to zwykle bywa z wojnami. Politycy jakoś sobie poradzą. Aznar, jeszcze wówczas przywódca opozycji, przeżył w 1995 roku zamach dzięki opancerzonej limuzynie. Niestety, nie było opancerzonych pociągów na stacji Atocha. Tymczasem taki zamach to świetna okazja dla polityków, aby przedstawić siebie jako mężów opatrznościowych. To nie ludzie spontanicznie wyszli na ulice, aby sprzeciwić się terroryzmowi, to premier Aznar „zwołał marsz na piątek i stanął na jego czele wraz z przedstawicielami rządów innych krajów”. Tak oto Aznar wykorzystał tę tragedię, aby zaprezentować się w mediach jako przywódca wiodący lud na wojnę z wrogiem. Czy nie mógłby sobie darować i pozostawić ludzi, aby mogli wyrazić swoje cierpienie, nie czyniąc z tego manifestacji politycznej? Bez względu na to, która partia zwycięży w niedzielnych wyborach, czy będzie to Partia Ludowa, czy socjaldemokratyczna PSOE, będzie miała okazję na „udoskonalenie” metod walki z terrorystami. Jak się okazuje, często o terroryzm oskarżani są nie tylko ludzie związani z ETA, ale także działacze organizacji ekologicznych, squatersi, wolnościowcy. Teraz, na fali lęku przed terrorystami, rząd będzie mógł tłumić nie mające nic wspólnego z terroryzmem ruchy, które sprzeciwiają się jego polityce zarówno wewnętrznej jak i międzynarodowej. Taka tendencja występuje na całym świecie. W imię walki z terroryzmem Putin okupuje Czeczenię, w Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej ogranicza się prawa obywatelskie i tępi ruch alternatywny, Palestynę Szaron rozjeżdża czołgami, bo jak wiadomo „wszyscy Palestyńczycy to terroryści od kołyski po grób”. W Polsce też narasta fala lęku, poniekąd zrozumiałego. Wszak podobnie jak Hiszpania, zostaliśmy wmanewrowani w sam środek wojny, której ani nie rozumiemy, ani nie jesteśmy do niej przygotowani. Prawdopodobieństwo ataku na naszym terytorium jest stosunkowo duże. Należy jednak pamiętać, że strach, potęgowany przez media, które w dużej mierze na nim i na stereotypach zarabiają pieniądze, może być wykorzystany także przeciw nam samym, w imię zapewnienia bezpieczeństwa. Podczas gdy prawdopodobieństwo śmierci w zamachu terrorystycznym jest bez porównania mniejsze niż prawdopodobieństwo utraty życia w wypadku samochodowym, oddajemy władzę nad swoimi uczuciami ludziom, którzy wykorzystają je w swoim interesie. Politycy, aby pokazać, że coś robią oraz aby zwiększyć przy okazji kontrolę nad „motłochem”, wprowadzą kolejne ograniczenia praw obywatelskich w imię bezpieczeństwa. A bomby będą niestety wybuchać nadal, dopóki nie zlikwiduje się przyczyn terroryzmu. My tymczasem będziemy już od dawna pozamykani w „bezpiecznych” klatkach. Bynajmniej nie złotych.
- Zaloguj się lub utwórz konto by komentować
