media społecznie zaangażowane

Polemika z homilią Ratzingera

Fnoll
22 kwietnia 2005

Korzystając z nadarzającej się okazji, czyli z zebrania pewnych „programowych” twierdzeń, ważkich dla współczesnego katolicyzmu, w jeden tekst, pozwolę sobie skomentować kontrowersyjne, według mnie, fragmenty homilii wygłoszonej przez Ratzingera podczas mszy w intencji wyboru kolejnego papieża, którym okazał się on sam:

Posłannictwo Chrystusa stało się naszym posłannictwem poprzez kapłańskie namaszczenie; jesteśmy posłani, by ogłaszać – nie tylko słowem, ale i życiem oraz skutecznymi znakami sakramentalnymi.

Czyli: kler przywłaszczył sobie Chrystusa, a przecież Chrystus powiedział, że „gdzie dwóch się w jego imieniu zgromadzi, tam On wśród nich będzie” – więc jak kler może nazywać posłannictwo Jezusa swoim, i tylko swoim, posłannictwem, bo uwarunkowanym kapłańskim namaszczeniem? Przecież Ewangelia jest posłannictwem każdego chrześcijanina. Czyż zarezerwowanie owego posłannictwa dla kleru nie skutkuje tym, że przeciętny katolik jest sprowadzany do roli nieustannie nawracanego poganina? Można w tym dostrzec odległy efekt ewangelizacji, która nie odbyła się na zasadzie przyjęcia nauczania i osobistego zobowiązania do niesienia go dalej, lecz najczęściej dekretem i zastraszeniem. Bo czyż pogaństwo, zarówno w Cesarstwie Rzymskim, po uznaniu w nim chrześcijaństwa za religię państwową, jak i wśród innych ludów Europy, w tym Słowian, nie było rugowane siłą? Miejsca kultu niszczono, a odstępstwo od „jedynej, słusznej wiary” było karane. Kler zaś po fakcie miał nieść „Dobrą Nowinę” ludziom, którym na wstępie nie pozostawiono alternatywy. Innym czynnikiem stojącym za tym wywyższeniem kleru ponad „zwykłych chrześcijan” jest zapewne swoista nieufność duchownych w stosunku do tych drugich – chrześcijanin „pozostawiony sam sobie” może popaść w… herezję. Jedną z podstawowych ról kleru byłaby zatem nieustanna walka z potencjalną herezją – czy nie gubi się w tym jednak Ewangelia, której prosty przekaz zostaje zastąpiony sporem o szczegóły oraz elementy, które weszły w obręb chrześcijaństwa już po epoce apostołów… Czy chrześcijanie bez kleru są skazani na „zepsucie” Ewangelii? Takie założenie podważa ufność w Ducha Świętego.

Taka jest Boża pomsta: On sam, w osobie swego Syna, cierpi za nas. Im bardziej dotyka nas miłosierdzie Pana, tym bardziej łączymy się z Jego cierpieniem – stajemy się gotowi dopełnić w naszym ciele „braki udręk Chrystusa” (Kol 1,24).

Czyli: kto nie jest gotowy dopełnić w swoim ciele „braków udręk Chrystusa”, tego widać nie dotyka miłosierdzie Pana – bardzo „toksyczny” argument względem ciemiężonych, poniżanych i torturowanych, którzy nie znajdą w sobie gotowości do owego „dopełnienia we własnym ciele” „braków udręk Chrystusa” … Mają zgiąć karki i cierpieć na chwałę Pana? Darujmy sobie wobec tego wszelkie próby wniesienia dobrych zmian w ten świat… czy tak? Zostawmy na tronach dyktatorów, nie tykajmy molestujących menedżerów, nie stawajmy na drodze cierpieniu! Dopełniajmy je w naszym ciele… Obłędne to nieco. Źródła cierpienia trzeba wykluczać, cierpienie nie uszlachetnia.

Ustanawiany jest rodzaj dyktatury relatywizmu, która nie uznaje niczego za pewnik, a jedynym miernikiem ustanawia własne ja i jego zachcianki.

Konstytucyjne zagwarantowana wolność sumienia i światopoglądu nie jest „dyktaturą relatywizmu”, w jej ramach można być przecież spokojnie skrajnym ortodoksem, warunek jest tylko jeden: poszanowanie dla inności – czego w tym zdaniu nie widać. To prawda, współcześnie w dialogu publicznym źle widziany jest typ duchowości, który pozwala sobie stawiać się ponad innymi przez sam tylko akt wiary, i bardziej się liczy, ewangeliczna przecież, zasada: „po owocach ich poznacie” – czyż nie jest to jednak dobra zmiana?

My natomiast mamy inną miarę wielkości: Syna Bożego, prawdziwego człowieka. To on jest wyznacznikiem prawdziwego humanizmu.

Kościół Katolicki humanizmu nie wymyślił – dlaczego zatem katolik miałby rościć sobie prawo do orzekania o tym, co jest „prawdziwym humanizmem”? Nasuwa się w tym momencie pytanie: czy ja sobie roszczę prawo do orzekania o tym, co jest „prawdziwym chrześcijaństwem”? Bynajmniej! Budzi we mnie wątpliwości jedynie instytucjonalna forma, która na chrześcijańskim odczuwaniu i rozumieniu świata narosła, forma, której właściwości można oceniać nawet w oderwaniu od religii, gdyż nie ma ona źródła w nauczaniu Jezusa, lecz w tzw. Tradycji – a czy Tradycja jest cenną skamieliną, która narosła na Ewangelii i której nie wolno naruszyć? Postawa bezwzględnego hołdowania Tradycji zbliżałaby nas do tych, którzy ukrzyżowali Jezusa właśnie za odstępstwo od Tradycji. Jezus jest ukrzyżowanym heretykiem i to jest jego prawdziwie ludzki wymiar – skłonność do poszukiwania nowych ścieżek, gdy stare zarosły chwasty przesłaniające cel, ku któremu miały prowadzić.

Wiara „dorosła” nie idzie z prądem mód i nowinek; wiara dorosła i dojrzała jest głęboko zakorzeniona w przyjaźni z Chrystusem. Ta przyjaźń otwiera nas na każde dobro dając nam zarazem kryterium rozeznania prawdy i fałszu, odróżnienia ziarna od plew. Do tej dorosłej wiary musimy dojrzewać, ku niej powinniśmy prowadzić Chrystusową trzodę.

Z ostatniego zdania łatwo wywnioskować, że ten fragment, i zapewne cała homilia, zwrócona jest do kleru – nic w sumie dziwnego, Ratzinger pełnił ostatnio rolę „nauczyciela kleru”, a nie „nauczyciela wiernych”. Takie rozwarstwienie rodzi oczywisty konflikt: nauczyciel kleru buja w chmurach, wierni stoją na ziemi, a szeregowy kler jest rozpięty między tymi dwiema, nieprzystającymi do siebie, sferami. Efekt jest taki, że świat, w którym orbituje „nauczyciel kleru”, będzie zawsze innym światem niż świat „trzody”, zawsze będzie istniało między nimi napięcie i to napięcie będzie absorbować uwagę wszystkich zaangażowanych w ten konflikt, a najbardziej szeregowego kleru – trzoda nigdy nie uzyska „dojrzałej wiary”, chyba żeby sama stała się w całości klerem, kler zawsze będzie musiał ją ciągnąć ku tej wierze, którą rzeźbi w chmurach „nauczyciel kleru” – zaś życie, które ma to do siebie, że się zmienia, jest w tej sytuacji zepchnięte w cień wobec platońskich, niezmiennych rojeń „nauczyciela”.

Święty Paweł w tym kontekście – w przeciwieństwie do nieustannego miotania się tych, którzy niczym dzieci pozwalają się nieść falom – daje nam piękne słowo: czynić prawdę w miłości, jako podstawową zasadę chrześcijańskiego życia.

Tu występuje fałszywe założenie, że poddawanie się zmianom jest czymś immanentnie negatywnym, że jest „nieustannym miotaniem się” – podczas gdy zmiana jest czymś wpisanym w naturę, wystarczy się rozejrzeć. Próby mumifikacji rzeczywistości są skazane na porażkę i stają się przyczyną cierpienia. No tak – ale wcześniej przecież powiedziano, że cierpienie jest OK, bo połączeni z boskim miłosierdziem stają się na nie otwarci… czyli kółko się dopełnia: gloryfikujmy nieradzenie sobie z życiem (czyli brak umiejętnego odpowiadania na zmiany) oraz efekty tego nieradzenia… Jest to postawa wroga wobec świata, która wyżej nad jego zmienną naturę stawia, za cenę życia nawet, bliżej nieokreśloną niezmienność, wieczną obietnicę czegoś absolutnie stałego. Opór przeciwko zmianom jest czymś naturalnym u człowieka, dostosowanie się do zmian absorbuje naszą energię, zmiana oznacza niepewność, ale koniec końców tkwienie w tym oporze niczego dobrego nam nie przynosi. Przyjmując postawę aktywną, współkształtując świat, biorąc czynny udział w zmianach, bierzemy za ten świat odpowiedzialność, tkwiąc w oporze zrzucamy tę odpowiedzialność – choćby na Boga. Usprawiedliwiamy własną bezradność, wobec której nie podjęliśmy trudu wydostania się. Zamiast siać – chowamy ziarno pod kamień. Niech sieją specjaliści od ziaren?

Chrystus mówi nam o wszystkim, co usłyszał od Ojca; obdarza nas pełnym zaufaniem, a wraz z tym zaufaniem – także poznanie. Objawia nam swoje oblicze, swoje serce. Ukazuje nam swą czułość wobec nas, swoją gorącą miłość aż po szaleństwo krzyża. Oddaje się nam, daje nam możność rozmawiania z jego ja: „to jest ciało moje”, „ja ci odpuszczam”. Powierza nam swoje ciało, Kościół.

Komu Chrystus powierza Kościół? Jak wcześniej pokazałem, homilia jest skierowana do kleru, a nie do świeckich, więc wedle powyższego fragmentu Chrystus powierza Kościół klerowi. Co to oznacza? Że jednych stawia się ponad drugich, że jedni są bliżej Boga i „wiedzą” – drugich zaś trzeba nieustannie nauczać (chyba, że sami staną się klerem). Ta relacja jest stała, kler nie uczy się niczego od świeckich, bo to „jemu powierzony jest Kościół”, a nie na odwrót. Zamiast uczenia się od siebie nawzajem, mamy nauczanie „jednokierunkowe” – bardzo niepraktyczne rozwiązanie. Biernie nauczani stają się mentalnie leniwi.

W godzinie Getsemani Jezus przekształcił naszą ludzką oporną wolę w wolę zgodną i zjednoczoną z wolą boską. Przecierpiał cały dramat naszej niezależności – i właśnie składając naszą wolę w ręce Boga daje nam prawdziwą wolność: „Nie jak Ja chcę, ale jak Ty” (Mt 26,39).

Dość kuriozalna definicja wolności, która w istocie jest potępieniem niezależności i pochwałą absolutnego posłuszeństwa… Nie podoba mi się takie „łamanie” języka – to, o czym mowa w powyższym fragmencie, w żadnym wypadku nie może być nazwane wolnością. Jako istoty wolne mamy możliwość wybrania podobnego układu, lecz gdy już go wybierzemy – przestajemy być wolni, a stajemy się całkowicie zależni – czy po to Bóg obdarzył nas wolną wolą, by w końcu ją potępić i nam odebrać? Wolny człowiek zmaga się ze zmianami, szuka punktów oparcia i ma poczucie odpowiedzialności za swe czyny – człowiek z wolą „zjednoczoną” z wolą boską, niezmienną z założenia, staje się ślepy na zmiany i przerzuca odpowiedzialność za swe czyny na „wzorzec” swej woli, czyli „boską wolę”, która daje mu „stałą gwarancję powodzenia”, nawet wbrew faktom. Ucieka od wolności. Co więcej – wolność staje się dla niego zagrożeniem, jak również ludzie, którzy ją w sobie noszą.

Gdybym tylko miał okazję, chętnie bym osobiście z Ratzingerem omówił tę homilię, lecz czy jest w zwyczaju dyskutować z kardynałem jego słowa?

Podsumowując najważniejszy w tej homilii wątek: wyżej zarysowany specyficzny konflikt między wolnością a posłuszeństwem jest najpewniej odbiciem wielowiekowego wewnętrznego konfliktu występującego w Watykanie (dawniej w Państwie Kościelnym) oraz ogólnie w hierarchii kościelnej. Znając historię Kościoła Katolickiego można papieży oraz inne wysoko postawione duchowieństwo podzielić z grubsza na dwa skrajne, przeciwstawne obozy: na tych, którzy oddawali się „grzechom władzy”, takim jak chciwość, nepotyzm, folgowanie swej próżności, oraz na tych, którzy z owymi grzechami w łonie Kościoła instytucjonalnego walczyli stosując „duchową dyktaturę”. Gdy przyjrzeć im się bliżej, ci drudzy okazują się tylko ascetyczną wersją tych pierwszych. A każdy z tych obozów z równą zaciekłością zwalczał, żądając posłuszeństwa, wszelkie ruchy zagrażające status quo kleru. Na rzeczywistą wolność nie ma w tym układzie miejsca.

Czym jest owa „rzeczywista wolność”? Na pewno zawiera się w niej otwartość na różnorodność, wrażliwość na zmiany i poczucie własnego sprawstwa, czyli indywidualna odpowiedzialność – tylko na takim polu możemy realizować się jako wolne istoty.

Pełny tekst komentowanej homilii dostępny pod adresem: www.fidelitas.pl/index2.php?id=700