media społecznie zaangażowane

Skutki traumy coraz bardziej widoczne?

Marcin Fronia
3 czerwca 2004

Ostatnie wydarzenia w Łodzi i w Krakowie, jak też te związane z decyzją wojewody wielkopolskiego, nasuwają coraz bardziej niepokojące skojarzenia. Nie sposób odpędzić od siebie w tym momencie kilku istotnych myśli. Myśli, może też i ma to wpływ na styl tego felietonu, pisanych na gorąco pod wpływem tych wydarzeń, jak i pierwszych komentarzy wobec decyzji władz o wydaleniu z naszego kraju islamskiego imama.

Marcinowi Starnawskiemu przywodzi to na myśl skojarzenia z atmosferą filmu Bergmana Jajo węża, co w artykule zamieszczonym w internetowym wydaniu „Recyklingu Idei” daje wyraźnie do zrozumienia, wzywając nawet do histerycznego protestu wobec stosowanych praktyk, przypominających mu wykluwanie się (czy też już obecność) działań bliskich autorytarnym, czy wręcz faszystowskim, formom sprawowania władzy. W tym samym czasie „Rzeczpospolita” (22-23 maja 2004), za sprawą niezawodnej Anny Marszałek, wydrukowała rozmowę z jemeńskim imamem (niecierpliwość zadawanych pytań i silną chęć uzyskania wyraźnych deklaracji, dało się jednak wyczuć i tutaj) oraz krótki artykuł o całej sprawie.

Mnie przychodzi w tym miejscu na myśl jeszcze jedna rzecz. Przypomniałem sobie o wielości książek i artykułów, których autorów często charakteryzowano jako „działaczy opozycji”, „internowanych”, „więzionych”, w domyśle – za wolność słowa i przekonań, za wolność naszą i waszą (rozumiem, co miałaby oznaczać tu wolność „nasza”, jednak jakoś trudno, i stąd te wątpliwości – zrozumieć mi, za jaką wolność „waszą” walczyli owi, milczący dzisiaj w kontekście coraz częstszych przypadków ewidentnego i brutalnego łamania, a także ograniczania tej wolności, ówcześni „działacze”, „aktywiści”, „obrońcy”?). Wiele racji ma w swoim tekście Jan Pieszczachowicz (w tym samym numerze „Rzeczypospolitej”, w artykule pt. Czy intelektualiści są jeszcze potrzebni?), iż inteligencja dzisiejsza coraz rzadziej przypomina tę sprzed kilku dekad, jeśli chodzi o umiejętność publicznego reagowania na ewidentne przypadki ograniczania wolności i swobód obywatelskich. Imam, będący w naszym kraju od czternastu lat i zżyty z polskim środowiskiem, w tym również i akademickim, nagle staje się przywódcą terrorystów w Polsce, brak jednak na to dowodów lub, jak twierdzi jeden z przedstawicieli ABW, są one zbyt tajne, żeby je ujawnić. Jeśli więc obrońcy wolności walczyli, czy też zostawali zamykani w więzieniach i internowani również za dopominanie się o prawo do swobodnego wyrażania swoich przekonań światopoglądowych czy religijnych, to gdzie oni są dzisiaj? Paradoksalnie artykuł Pieszczachowicza pojawił się w tym samym numerze, w którym podano pierwsze informacje odnośnie podjętych decyzji o wydaleniu. Jaki będzie jego społeczny odbiór? – myślę o tym jednak z coraz większym zasępieniem.

Prezydent Kwaśniewski mówiąc, że „imam sam dobrze wie, dlaczego powinien opuścić kraj”, podtrzymuje tylko dyskryminacyjne i policyjne metody służb specjalnych, nie mające wiele wspólnego z zasadami równości wobec prawa. Waga przedstawianych zarzutów i ich konsekwencje są wszak niebagatelne – wydalenie z kraju, którego ustrój określa się jako demokratyczny, nie dzieje się przecież na co dzień, nie dzieje się również w sposób tak zakamuflowany jak w tym przypadku. Co równie istotne – decyzja o opuszczeniu kraju podjęta została w trybie natychmiastowym. Imam, mający w Polsce stała pracę i piszący tu pracę doktorską, musi opuścić kraj (w zamierzeniu władz najlepiej na stałe) w ciągu kilkudziesięciu godzin.

To wszystko zmusza do oceny tego, co dzieje się w kraju od dłuższego czasu. Wydaje się, iż nasze nieudolne, powolne i niezwykle żmudne transformacyjne przemiany ostatnich kilkunastu lat (kontekst jest niebagatelny: przyłączenie naszego kraju do UE) nie doprowadziły jeszcze do wcielenia w życie głoszonych we Wspólnocie haseł przestrzegania praw człowieka i wolności światopoglądowej. A było to przecież jedno z wymagań wobec państw kandydujących, określane jako tzw. kryterium konwergencji. Niestety, póki co deficyt poszanowania praw do wyrażania własnych poglądów, niezależnie od wyznawanej religii, podobnie jak deficyt demokracji, rośnie w Polsce w tempie porównywalnym do wzrostu wskaźników bezrobocia.

Socjologowie, znawcy i piewcy przemian po 1989 roku w swoich analizach dotyczących owego okresu niejednokrotnie przywoływali pojęcie traumy, którą jakoby powinniśmy jako społeczeństwo przejść po rozpadzie bloku sowieckiego i opadnięciu żelaznej kurtyny. Stąd wynikać mogą ich zdaniem owe trudności w naszym coraz wolniejszym – wbrew marzeniom wielu – upodobnianiu się do krajów Zachodu. Wypada jednak zapytać, kto tę traumę przeżywa najsilniej – może jednak wydający takie nakazy, jak ten dotyczący obowiązku natychmiastowego opuszczenia kraju przez człowieka, któremu odmawia się nawet podania wyraźnych tego powodów? Może skoro już przyjmiemy, iż trauma to zjawisko obecne w naszej mentalności transformacyjnej (cokolwiek ten enigmatyczny termin miałby oznaczać), mające wpływ na podejmowane przez nas działania, to czy jest to w ogóle zjawisko uleczalne? Co, lub kto, nadawałby się tu więc w pierwszym rzędzie „do remontu”, o ile nie do przeniesienia na zasłużoną emeryturę…?

Jakkolwiek histerycznie by nie brzmiał protest w obronie wydalonego jemeńskiego imama, nawet jeśli miałby się on w przyszłości okazać mylny w odniesieniu do tej konkretnej osoby, to i tak natychmiastowe społeczne oburzenie, dotyczące praktyk władz w stosunku do człowieka, któremu nie udowodniono póki co żadnej winy, jest potrzebne. Jeśli mamy rozmawiać o państwie prawa, to w tym przypadku mamy do czynienia z najbardziej ewidentnym tego prawa naruszeniem. Nie pierwszy to bowiem już raz podejmuje się działania łamiące prawo, bez podania choćby uzasadnienia takiego postępowania. Obecność obowiązującej w polskiej Konstytucji zasady domniemania niewinności aż do jej udowodnienia, potwierdzona następnie w Kodeksie Postępowania Karnego już jako bardziej szczegółowa zasada, że nie dających się usunąć wątpliwości nie wolno rozstrzygać na niekorzyść oskarżonego, zdaje się tu więc w ogóle nie być braną pod uwagę. A nawet więcej – zostaje ona całkowicie odwrócona.

Mało tego – okazuje się, że już tak zgłupieliśmy w tym swoim bezmyślnym naśladownictwie i klakierstwie Stanom Zjednoczonym, że mało nam było przystąpienia do bezsensownej wojny o „wolność waszą” (tym razem znów chyba jednak raczej tylko zdawało się angażującym nasz kraj w ten konflikt, że rozumieją, co to pojęcie miałoby oznaczać) bez wzięcia pod uwagę, że jednak bez woli „oswobadzanych”, jak i nawet bez przyzwolenia parlamentu oraz przy niskim poparciu społecznym. Teraz również, jako wyimaginowane mocarstwo, mające w myśl niektórych mieć być może zbawczy wpływ na losy świata i pretendować do pierwszoplanowych ról w polityce międzynarodowej – zapragnęliśmy własnego Osamy bin Ladena! Bezmiar nieprzewidywalności i braku wyobraźni osób podejmujących tego typu decyzje, zaczyna więc coraz wyraźniej przypominać szarże George’a W. Busha, którego administracja również miała mieć „niepodważalne dowody”, jakoby w Iraku znajdowała się co najmniej broń biologiczna. Wydalany z Polski imam to nie człowiek, który przyjechał tu przed kilkoma dniami czy tygodniami, by obalać nasz wspaniały ustrój (gdyby było jeszcze co obalać, biorąc pod uwagę stan obecnego parlamentu, który w stanie traumy znajduje się bez wątpienia…). Mimo to uznany został za nadzwyczaj groźną i niepożądaną osobę, która w trybie pilnym musi opuścić kraj.

Cóż, pytanie o konsekwencje takiego postępowania nasuwa się może dość ironicznie, zaprawione jest ono jednak niemałym ładunkiem gorzkiej oceny niejednostkowych i, jak się okazuje, nieprzypadkowych działań. Upodobnić się do krajów UE, jak pragną tego gloryfikatorzy szumnych haseł, może i będziemy mogli. Może kiedyś. Ale pewnie dopiero w nieprzewidywalnej przyszłości. Póki co, zakres swobód i docelowy stopień poszanowania dla praw mniejszości oraz odmienności światopoglądowej pozostaje jeszcze daleko na horyzoncie. Zanim zdołamy do niego dotrzeć, musimy zająć się najpierw własnym podwórkiem. I to bez „snu o potędze”, z którego najwyższy czas się przebudzić.