media społecznie zaangażowane

Umarła królowa! Niech żyje królowa!

Recenzja spektaklu Mary Stuart w reżyserii Remigiusza Brzyka

Michalina Golinczak
7 grudnia 2003

We współczesnym świecie tendencja do komercjalizacji kultury jest coraz bardziej wyraźna. Nie omija ona również teatru. Z jednej strony to dobrze, że teatr wychodzi naprzeciw oczekiwaniom widzów, z drugiej jednak – pojawia się niebezpieczeństwo, że ta, skądinąd bardzo elitarna, dziedzina sztuki zbliży się zbyt blisko do „lekko strawnej papki dla mas”. Coraz częściej prawo rynku decyduje o repertuarze teatru, a gusty publiczności wyznaczają kierunek jego rozwoju. Zgodnie z modą i zapotrzebowaniem epatuje się więc widza przemocą i seksem. O powodzeniu spektaklu decyduje często tylko to, jak głośny skandal wywoła. Wówczas, nawet jeśli ma do przekazania jakąś ważną treść, staje się ona przez nadmiar „efektów” niewidoczna. Teatr nie musi i nie powinien być dosłowny. Na scenach teatrów zbyt wiele jest brutalności, często zupełnie nieuzasadnionej artystycznie, a pełniącej jedynie rolę „lepa” na widza. W sztuce, tak jak w życiu, każda przesada jest męcząca i w rezultacie nudna. Być może rację mieli starożytni, doradzając zachowanie we wszystkim zasady „złotego środka”.

Najnowszy spektakl Teatru Polskiego pt. Mary Stuart w reżyserii Remigiusza Brzyka, mimo, że jego akcja rozgrywa się w XVI wieku, również nie jest pozbawiony typowo współczesnych elementów. Trudno oprzeć się wrażeniu, że oglądamy swoiste „reality show”. Stajemy się bowiem świadkami dwóch ostatnich godzin życia skazanej na ścięcie szkockiej królowej Mary Stuart. Na naszych oczach dostaje ona przedśmiertnych drgawek, służba, korzystając z okazji, ograbia ją z biżuterii, a nadworny lekarz (Krzysztof Dracz) w tym samym czasie gwałci pokojówkę (Katarzyna Strączek). Jest to jednak przedstawienie, w którym twórcom udało się zrealizować ową słynną „złotą” receptę. Brutalności jest dokładnie tyle, ile potrzeba. W żadnym momencie nie przesłania ona zasadniczego tematu i przesłania sztuki. Atmosfera, która towarzyszy śmierci królowej dotyka wszystkich, paraliżuje całe jej otoczenie. Jest „zaraźliwa”, nie pozwala racjonalnie myśleć. Obserwujemy bezwzględność losu, przed którym nie ma ucieczki. Okazuje się, że śmierć jednakowo traktuje wszystkich – zarówno potężne i bogate królowe, jak i zwyczajnych ludzi. Królowa w obliczu śmierci traci cały swój majestat. Przejmująca jest scena, kiedy służba ubiera Mary w szaty królewskie tuż przed samą egzekucją. Ona sama jest już wtedy woskową lalką, nie ma już królowej. Jest bredzenie chorej kobiety, którą ogarnia przedśmiertny strach. Umiera w samotności, odarta, na własne zresztą życzenia, z jakiejkolwiek godności. „Okrutna i zalękniona. Brutalna wobec siebie i otoczenia, nielojalny, obrzydliwy potwór i bezbronne dziecko, które nie do końca w niej zgasło” – mówi o swojej postaci Halina Skoczyńska.

Mary, którą oglądamy na scenie, to wrak człowieka. Chore jest nie tylko jej ciało, ale i, a może przede wszystkim, dusza. Władza stała się dla niej przekleństwem, doprowadziła do klęski. Jej los można również odczytać jako opowieść o władzy. Władzy, która niszczy człowieka. Jakby autor sztuki, Wolfgang Hildesheimer, chciał powiedzieć: „Władco, polityku! – na ciebie również przyjdzie czas, ty także będziesz musiał stanąć twarzą w twarz ze śmiercią! I nie pomogą ci wtedy twoje klejnoty, limuzyny. Będziesz umierał sam, jak każdy. Będziesz musiał stanąć przed Bogiem, ale przede wszystkim rozliczyć się sam ze sobą, będziesz musiał zrobić rachunek sumienia, ponieść odpowiedzialność za każdą swoją decyzję. Kazałeś ścinać głowy innych, teraz przyszedł czas na ciebie. I nie będzie żadnych względów”.

Halina Skoczyńska wspięła się na wyżyny aktorstwa. Bertolt Brecht twierdził, że dla aktora ocena: „On nie zagrał Leara. On był Learem”. jest druzgocąca. Ja jednak nie mogę się oprzeć, aby powiedzieć, że Halina Skoczyńska, przez te dwie godziny spektaklu, była Mary Stuart. I jest to komplement. Każdy gest, każdy grymas twarzy w przedśmiertnej malignie doprowadzony był do perfekcji. Całe cierpienie i strach szkockiej królowej udzielają się widzom. Jesteśmy pewni, że głowa Mary została ścięta. Nie mogło być inaczej. Na wyróżnienie zasługują zresztą wszyscy aktorzy. Doskonałym katem okazał się Zygmunt Bielawski, w rolę aptekarza Symmonsa rewelacyjnie wcielił się Henryk Niebudek.

Był to dla mnie niezapomniany wieczór. Smutne jest tylko to, że widownia Sceny na Świebodzkim była zapełniona co najwyżej w połowie. Dlaczego? Według najnowszego „Raportu o stanie polskiego teatru”, przygotowanego przez Związek Artystów Scen Polskich, spektakle ambitniejsze cieszą się mniejszą popularnością. A szkoda. Ja, dzięki spektaklowi Remigiusza Brzyka, przeżyłam prawdziwe katharsis.