Macierzyństwo: błogosławieństwo czy przekleństwo kobiet?

Natalia Kowbasiuk
13.07.2005

Zacznijmy od oczywistości: większość ludzkich ciał płci żeńskiej zdolnych jest rozwinąć w sobie zapłodnioną komórkę jajową do postaci mającej szansę przetrwać w środowisku pozaustrojowym, a następnie wspomóc wydostanie się nowego organizmu na zewnątrz. Ten fakt biologiczny, sam w sobie nic nie znaczący, został zinterpretowany przez wszystkie znane nam kultury. Z racji jej zdolności rozrodczych, kobiecie oddawano niejednokrotnie cześć boską, ale też uważana była za osobę nieczystą, a ciążę i poród otaczano tabu (nierzadko wiązało się to z czasowym wykluczeniem kobiety ze społeczności). Macierzyństwo mogło oznaczać dla niej podstawę realnej władzy (przede wszystkim w społeczeństwach matriarchalnych), a z drugiej strony stanowić istotne ograniczenie jej wolności, być równoznaczne z „aresztem domowym”. Nic dziwnego, że doświadczenie to może być przyczyną głębokich frustracji kobiet; tym bardziej, że często kultura nie pozwala im swoich uczuć wyrazić (upierając się na przykład przy istnieniu „instynktu macierzyńskiego”, wmawiając kobietom, iż prawdziwa matka poświęca się swoim dzieciom bezgranicznie – jakoś nikt tego nie wymaga od ojców, nikt nie twierdzi, że istnieje „instynkt ojcowski”).

Jak stara się na to odpowiedzieć feminizm, gdzie widzi źródła frustracji i jakie proponuje rozwiązania – chciałabym skrótowo przedstawić.

Bogini Matka i Kobieta­‑dziwka

W XIX wieku, w okresie formowania się feminizmu, te dwa określenia: bogini i dziwka miały niemalże wyłączność w dyskursie dotyczącym kobiet. Dziwką stawała się ta, która czerpała, lub chociażby zdawała się czerpać jakąkolwiek przyjemność ze swojej seksualności. Z punktu widzenia ówczesnej moralności było to wynaturzenie, wręcz zezwierzęcenie. „Normalna” kobieta nie miała prawa postrzegać swego ciała inaczej, jak szlachetnego „łona”, zadowolenie zaś mogła czerpać wyłącznie z macierzyństwa. Bycie kobietą oznaczało konieczność bycia matką. Wraz z rozwojem nauk powinność ta zyskiwała nowe, „światłe” uzasadnienia: to na kobietę spadało chociażby zadanie przedłużenia gatunku. Ze względu na społeczną niezbywalność macierzyństwa oraz, romantyczne jeszcze, przekonanie o istnieniu mistycznej więzi łączącej matkę z dzieckiem, kobieta osiągnęła drugi biegun swojego statusu: stała się boginią.

Źródło wywyższenia jednakże, było zarazem źródłem poniżenia. Biologia kobiety, tak podkreślana przez kulturę, dostarczała jednocześnie argumentów dla uznania jej za istotę bliższą naturze, nie w pełni ucywilizowaną, a zatem – mniej człowieczą (niż mężczyzna). Dualistyczne przeciwstawienie „prymitywnej” materii „rozwiniętemu” duchowi lokowało kobietę po stronie tej pierwszej. Jak autorytatywnie stwierdzał niemiecki antropolog kultury, Johann J. Bachofen, „dziedzina idei należy do mężczyzny, do kobiety zaś dziedzina materialnej egzystencji”.

Zamykając kobietę w obrębie cielesności, odmawiano jej prawa do kształtowania rozumu, uznając takie praktyki za zbyteczne, a nawet szkodliwe. W myśl obowiązującej wówczas teorii reprodukcyjne funkcje kobiece pochłaniały tak wielkie ilości energii, że jakiekolwiek „marnowanie” jej przez intelekt musiało prowadzić do obniżenia płodności, a w konsekwencji – wyginięcia szlachetnego rodu ludzkiego. Kolejnym paradoksem był fakt, iż choć kobiecie przypisywano posiadanie wyłącznie ciała, ciało to było i miało pozostawać dla niej samej obce. Za niemoralną uznawano jakąkolwiek wiedzę kobiet na temat własnej seksualności, nie wspominając o umiejętności posługiwania się nią dla doznania rozkoszy. Kobieta nie była zatem podmiotem ani swojego intelektu, ani ciała, ani nawet macierzyństwa – miała przecież obowiązek wychować dzieci na „dobrych ludzi”, według ściśle narzuconych reguł. Bogini okazywała się istotą kompletnie zniewoloną, milczącą figurą.

Płeć, która rodzi

„Człowiek wznosi się ponad zwierzę nie przez to, że daje życie, lecz że je ryzykuje, dlatego ludzkość wyżej stawia nie tę płeć, która rodzi, lecz tę, która zabija” – to słynna teza Simone de Beauvoir, obrazująca dlaczego kobiety mają tak niską pozycję w kulturze. „Płeć, która rodzi” jest bowiem bliższa przyrodzie, zwierzętom, potrafi zrobić tylko to, co one – rodzić. Nie jest twórcza, nie kreuje żadnych idei, za które można by przelać krew. Jest to płeć „dzika”, tak jak dzika jest przyroda, którą mężczyzna musi podbić, zdobyć, opanować. Dopiero kobieta „zdobyta” może być coś warta, pod warunkiem, że wzmacnia męskie ego: jest ładna, zdrowa i płodna, można się nią pochwalić, jak okazem upolowanej zwierzyny.

Dramat kobiet, według Beauvoir, polega na tym, iż uwewnętrzniły te męskie wymagania, przyjęły „fałszywą świadomość”, akceptację samych siebie uzależniając od posłusznego wypełniania ról służebnych wobec mężczyzn: żony i matki. Obie w znacznym stopniu uniemożliwiają kobietom rozwój jej własnej osobowości, nie pozwalają jej realizować swoich potrzeb – jej zadaniem jest wyłącznie spełnianie potrzeb innych. Kobieta może czuć się usatysfakcjonowana tylko wtedy, gdy zadowoli swojego męża i dzieci, w przeciwnym wypadku jest egoistką, wyrodną matką. Bez rodziny prawdziwa kobieta nie istnieje.

Ciąża i macierzyństwo w rzeczywistości obniżają jednak jej, i tak już niski, status społeczny – kobieta nie rodzi przecież „dla siebie”, lecz dla społeczeństwa i społeczeństwo to – w osobach przede wszystkim lekarzy, lecz także krewnych, męża, itp. – uzurpuje sobie prawo do decydowania za nią, co ma robić, jeść, jaki styl życia prowadzić, „dla dobra dziecka”. W procesie wychowawczym zaś, kobieta przez własne potomstwo zostaje zazwyczaj zredukowana do postaci „przedmiotu, maszyny do gotowania, sprzątania, opiekowania się, dawania, a zwłaszcza poświęcania się”.

Beauvoir nie namawiała kobiet, by wyrzekały się macierzyństwa. Apelowała jednakże, aby nie widziały swojego „powołania” (kulturowo narzuconej „esencji”) w wykonywaniu wymuszanych na niej ról i zadań, ale same, poprzez pracę zawodową i aktywność intelektualną, określały własne cele, realizowały własną wizję siebie.

Dialektyka płci

Daleko bardziej radykalne postulaty wysuwa inna autorka feministyczna, reprezentantka tzw. radykalno – libertariańskiego nurtu, Shulamith Firestone. W swojej pracy The Dialectic of Sex dokonuje rewizji założeń teorii Marksa i Engels. Według niej prawdziwą przyczyną konfliktów w świecie nie jest, jak chciał Marks, nierówny podział na klasy posiadające i wytwarzające, ale nierówny podział w procesie reprodukcji. Kobiety we wszystkich stadiach rozwoju społeczeństw i we wszystkich jego warstwach, są bardziej obciążone obowiązkami związanymi z rodzeniem i wychowywaniem dzieci. Wszędzie są klasą wytwórczą, podczas gdy mężczyźni – klasą posiadającą. To oni mają władzę nad środkami produkcji (dostarczają do domu pieniądze), broniąc kobietom do nich dostępu, poprzez zamykanie ich w domach. System opozycji klasowych jest więc wtórny wobec opozycji płci.

Wyzwolenie, zgodnie z tradycyjną tezą marksistowską, wiedzie przez rewolucję. Ustanowienie społeczeństwa bezklasowego nastąpi z chwilą gdy kobiety przejmą kontrolę nad środkami reprodukcji. Kolejnym krokiem będzie zastępowanie reprodukcji biologicznej przez technologiczną. Oprócz zniesienia opresji kobiet, odejście od reprodukcji biologicznej wyeliminuje też inną przyczynę nierówności i wrogości wśród ludzi – skłonność do „zawłaszczania” dzieci, czyli przedkładanie tych pochodzących „z własnego jaja i własnej spermy” nad inne. Dzieci miałyby być „traktowane przez całą społeczność jako cenny zasób, i cenione z powodu ich jednostkowej unikalności”.

Koncepcje Bauvoir i Firestone, choć trudno je ze sobą łączyć, wydają się jednak mieć istotne wspólne założenie: kobiecość w kulturze utożsamiana jest z podrzędnością, aby się z tego podrzędnego miejsca wyzwolić, kobieta musi albo „wybić się”, „awansować” do męskiego świata (Beauvoir), albo znieść męskość i kobiecość w ogóle (Firestone). W obu przypadkach kulturowa koncepcja kobiecości musi zniknąć.

Mistyka kobiecości

Zasadniczo odmienne podejście feministyczne zakłada rzecz z gruntu inną: kobiety, wyrzekając się swojej „kobiecości”, utrwaliłyby tylko tym samym patriarchalne wobec niej uprzedzenie. Kobiecość, choć degradowana w kulturze, sama w sobie nie jest przecież niczym złym, stanowi źródło cennych doświadczeń tak dla kobiet, jak i dla mężczyzn. Poprawie sytuacji kobiet nie służy zatem wypieranie się tychże doznań, wręcz przeciwnie – pomóc może tylko nadanie im statusu równego doświadczeniom „męskim”. Innymi słowy – doświadczenie porodu jest równie ważne, jak doświadczenie, chociażby, kierowania państwem.

Zamiast więc wypierać się swojej biologii, kobiety powinny przejąć nad nią kontrolę. W tym kontekście niezwykle ważne staje się „odzyskanie” ciąży, porodu i macierzyństwa, zawłaszczonych przez męskie instytucje. Obecnie kobieta przeżywa ciąże i poród jako „zewnętrzny fakt, coś, co jej się po prostu przydarza”, jednakże winne temu jest społeczeństwo, które, chcąc przejąć kontrolę nad reprodukcją, narzuciło kobiecie obraz ciąży jako stanu „odmiennego”, a zatem nienormalnego, chorobliwego, wymagającego stałej kontroli męskich autorytetów (lekarzy). Tymczasem poród, jeśli kobieta w nim aktywnie uczestniczy, a nie jedynie leży na niewygodnym łóżku w niewygodnej pozycji, daje jej okazję doświadczenia własnej mocy, kobiecej mistycznej, twórczej potęgi. Owa moc, dodają reprezentantki tego nurtu feministycznego, zasadniczo różni się od mocy męskiej – nastawiona jest bowiem do życia, ma charakter afirmatywny, podczas gdy siła mężczyzn kieruje się w stronę od życia (natury, kobiety), dążąc do zastąpienia tego spontanicznego żywiołu sztywnymi normami. Kobieta jest zatem, być może, istotnie bliższa przyrodzie, lecz nie stanowi to w żadnym wypadku o jej podrzędności. Przeciwnie, męska zazdrość o to właśnie, niedostępne im, doświadczenie związku z Naturą spowodowała, iż za pomocą opresyjnych instytucji doprowadzili do podobnego wyobcowania kobiety. Dlatego feministki te sceptycznie podchodzą do koncepcji przejęcia funkcji rozrodczych przez urządzenia techniczne, widząc w takim rozwiązaniu kontynuację procesu oddzielania kobiet od ich własnych ciał. Podmiotowość kobiety zaś może się urzeczywistnić tylko wówczas, gdy otworzy się ona na pełnię swoich doznań cielesnych, odrzucając męski dyskurs uprzedmiotowujący i degradujący ciało w ogóle, a ciało kobiece w szczególności.

Oczywiście i ten nurt feministyczny można poddać krytyce. Poważnym zarzutem jest wskazanie, iż tworzy on esencję, istotę kobiecości, mówiącą, iż kobieta „z natury” jest lepsza od mężczyzn, ponieważ daje życie. Wypada tutaj zadać pytanie, czy w takim razie kobieta, która nie ma na to ochoty, staje się przez to gorsza.

* * *

Jak widać, feminizm też ma kłopoty z określeniem, czy macierzyństwo jest dla kobiet zasadniczo czymś dobrym, czy złym. Wydaje się, iż odpowiedź na to pytanie nie istnieje i współczesny feminizm w ogóle odżegnuje się od jego zadawania. Domaga się przy tym, by społeczeństwo pozwoliło kobietom wyrażać ich autentyczne doświadczenie związane z ciąża i macierzyństwem. By nie wmawiało kobietom, że bycie matką jest ich powołaniem (a nie świadomym wyborem), że mają instynkt macierzyński, który „powie” im, jak mają się obchodzić z dzieckiem (podczas gdy macierzyństwa, podobnie, jak ojcostwa, trzeba się po prostu nauczyć), by nie traktowało bezdzietnych kobiet jak dziwolągów i egoistek. Chcąc wyzwolić się z okowów stereotypów, z – jak się wyraziła Jolanta Brach­‑Czaina – kontenerów z napisem „kobiety” i „mężczyźni”, musimy zaakceptować fakt, iż dla niektórych kobiet macierzyństwo może być przekleństwem, zaś dla niektórych mężczyzn ich ojcostwo – błogosławieństwem. I oba te doświadczenia są równie ważne.

Tekst pochodzi z: „Recyklingu Idei”, 2004, nr 1.