media społecznie zaangażowane

Krótka historia bez tytułu

Spółdzielnia Doluk & Łuczyn
23 listopada 2003

Ta pani bez zębów ma myśli w głowie, których żaden pan nie słyszał. przesiaduje na ławce w parku i kocha gołębie rozrywając bułkę na kawałki. jezus z krzyża w kościele patrzy na nią, gdy wychodzi z jego zimnej świątyni, spełniwszy miłosną modlitwę, jak co rano przed śniadaniem, którego nie zjada. siada tylko na ławce w parku i przygląda się szczęśliwym babciom, które znacząco trzęsą wózkami. kiedyś pomyślała że mogłaby sobie sprawić taki wózek i bujać nim jak one…. żeby być jak one… ale czemu jak one? ona jest jeszcze młoda mogłaby nie jedno, nie dwa kroki zrobić na tej ścieżce żwirowej, która prowadzi do cmentarza. na cmentarzu prawie cała jej klasa z podstawówki leży pochowana, i odwiedza ich czasami, szczególnie józka, to miły chłopiec był, prymus z rodziny robotniczej. ale poszedł gdzie indziej, w kariery wielkiego miasta i już go nie spotkała. ponoć dorobił się własnego warzywniaka. dobry był z matematyki, korepetycje jej chciał dawać, ale matka nie pozwoliła, bo chłopcy to tylko na cnotę czyhają uczciwej dziewczyny. pewnie i tak by wyjechał, no bo gdzie tam by ona we własny interes. dobra była praca w gieesie, z koleżankami na majówki jeździła dopóki wszystkich ich miejscowe chłopaki nie zabrały. szef jej mówił, że tylko ona tutaj z nim zostaje, że do niej ma zaufanie. bombonierę na dzień kobiet przynosił i na imieniny. winkiem częstował. ale żeby coś więcej to nie, taki przedwojenny dżentelmen. józek miał dryg, błysk w oku. wsadzili go ponoć na pięć lat za handel dewizami. i potem wrócił do naszego miasta, ale mówili że tak odmieniony, że pewnie by go nie poznała. pił ciągami i zamarzł jednej zimy na przystanku. czasem dosiada się do niej starszy pan z pieskiem, ale nic nie mówi i ona nie wie czego on od niej chce. ma taki smutny grymas na twarzy, dzieli się z psem kiełbasą. kiełbasa śmierdzi czosnkiem. i to byłoby miłe, że się tak dzieli ze zwierzęciem jak ona z gołębiami bułką, gdyby nie ten czosnek. nawet mógłby tak sympatycznie milczeć, bo w tym wieku to nieładnie się narzucać, ale żeby tak nie dyszał tą kiełbasą. i on i jego pies. nie wie co z tym robić, gdy się tak przysiada, czy wstać, czy zwrócić uwagę. pies płoszy gołębie. czasem w nocy, wydaje się jej, że słyszy to dyszenie i zapach zwyczajnej. słyszy żucie. a może to śmierć? nie chciałaby tak umierać. chciałaby coś jeszcze przeżyć. sama nie wie co. no chyba coś takiego, co się potem z takim dreszczem wspomina, z takim przejęciem. tak jak pierwszą komunię, białą suknię i dotyk hostii na języku. wieczorami odwiedza ją sąsiadka z naprzeciwka i słuchają różańca w radiu pijąc kawę i jedząc ciasto. nie mówią wiele. trochę o cieście, trochę o kawie. raz nawet udało się sąsiadce dodzwonić do radia. ale z wrażenia zapomniała co miała powiedzieć i ksiądz się rozłączył. potem strasznie to przeżywała, czy to nie jest przypadkiem grzech, czy nie obraziła pana jezusa. prawie się o to pokłóciły i trochę się potem unikały, że niby któraś źle się czuje i nie może przyjść. w końcu sąsiadka poszła do spowiedzi i ksiądz marek jej powiedział, że jezus by nie chciał by żyły w niezgodzie. to bardzo mądry ksiądz, młody. ma bardzo piękny, donośny głos, który tak się odbija echem w kościele jakby jakiś anioł na ziemię zstąpił. uczy religii w liceum, prowadzi oazę. żeby tylko jakaś młódka go nie zbałamuciła, taka ta młodzież dzisiaj. jak czasem widzi w parku co oni wyprawiają to jej wstyd patrzeć. nie ma już uczciwych dziewczyn, byle komu byle gdzie wszystko by oddały. jak suki kiedy mają cieczkę. takie złe są dzisiaj ludzie, ale trzeba im pomóc, trzeba się za nich modlić, a może się opamiętają. na przykład te żydy z rządu i gazety wyborczej. boga w sercach nie mają. a tu uczciwy człowiek na skromnej emeryturze ledwo, ledwo. przed wojną było inaczej, matka opowiadała, żyda od razu można było rozpoznać, a teraz jak w te garnitury się poprzebierali to czasami nie wiadomo, kto żyd a kto katolik, ale ona ma do nich nosa, już większość z rządu udało jej się, jak to one mówią, zlustrować. ona cicha jest, ale ona wie. gdyby kto zapytał to by powiedziała, cały świat by się dowiedział jak to się nie szanuje zwykłego człowieka. jak się jej nie chce iść do parku, bo albo coś w boku strzyka, albo biegunka męczy, to wygląda przez okno. koc sobie kładzie na parapet żeby miękko było się oprzeć. czeka czy może się pojawi ktoś znajomy z dawnych lat, mogłaby zawołać, to tylko pierwsze piętro, łatwo usłyszeć. ale nikt nie przychodzi. to przez to, że się piętnaście lat temu przeprowadziła na inną dzielnicę, jak matka umarła. a może to było dwadzieścia lat temu, już wszystko się jej miesza. całe życie zlewa się w jeden dzień. msza o szóstej, tykanie zegara. matka tak wcześnie zawsze ją budziła do szkoły. mamo, ja chcę jeszcze spać. nie pyskuj tylko idź się umyj, bądź grzeczną dziewczynką. nie pamięta swoich snów. nie potrafi spać dłużej. gdy wstaje idzie na mszę, nie będzie przecież siedzieć w domu, a do parku to za wcześnie.

Tekst pochodzi z „Recyklingu Idei” nr 1/2003.