Do czego służą przestępcy?
Dominujące obecnie sposoby organizowania się społeczeństw wymagają przestępców1. Każdy system definiuje po swojemu działania przestępcze, ma odpowiednie służby do ich wynajdywania oraz kodeks odmierzający kary. Dla utrzymania porządku, względnej centralizacji, stanowienia prawa itp. niezbędne jest toczenie ciągłej walki z przestępczością, ale – paradoksalne – zupełne zlikwidowanie tejże nie jest bynajmniej tym, o co chodzi. Stąd też organa związane ze ściganiem, osądzaniem i karaniem przestępców są dalece bardziej rozwinięte niż te odpowiedzialne za prewencję i resocjalizację (najbardziej masowe wyczyny „resocjalizacyjne” systemów komunistycznych trudno uznać za resocjalizację sensu stricte). Liczy się walka z przestępczością, walka, która ma nie mieć końca, tak jak ma nie mieć końca zależny od niej społeczny ład i porządek. Innego przecież nie znamy.
Wstyd się przyznać – ale potrzebujemy wrogów, sama świadomość istnienia wrogów nas dyscyplinuje, uprawomacnia porządek społeczny, uzasadnia ograniczenie indywidualnych swobód oraz oddanie części wypracowanych dóbr na rzecz ogółu, za pośrednictwem instytucji, które straciłyby sens, gdyby nie miały przed czym nas chronić. Gdzieś, u zarania dziejów, zbrojni wzięli „pod opiekę” parę łupionych dotąd rodów, spontaniczną grabież zamienili na uregulowany podatek, posługując się przy tym jednym zasadniczym argumentem: „jak my tu będziemy, to inni was nie napadną.” I ten fundamentalny, państwotwórczy argument wciąż odbija się echem po korytarzach współczesnych parlamentów, a przez przywódców mniej wysublimowanych systemów jest wypowiadany wprost z trybun.
Stąd, by podtrzymać motywujący poziom poczucia zagrożenia, w każdej społeczności istnieje mniej lub więcej, większego lub mniejszego kalibru, ról przestępczych do objęcia – szczególnie w czasach nie obfitujących we wrogów „zewnętrznych” (w wypadku wojny pierwszorzędnym przestępcą staje się „wróg”, a następnie kolaborant, szpieg i dezerter). Im mocniejszych argumentów dany system potrzebuje dla uzasadnienia centralnie podejmowanych, potencjalnie niepopularnych decyzji, tym większe tworzy zapotrzebowanie na przestępców. Lustrzanym odbiciem silnej władzy jest silny wróg, którego rolę w czasie pokoju na codzień pełni przestępca.
O role społeczne ścigamy się od urodzenia, wyposażeni w naturalne talenty i zaszczepieni ambicjami. Nie jest łatwo zostać przestępcą, jak i nie zostaje się kimkolwiek innym bez wysiłku. Można jednak wskazać pewne atuty w zdobywaniu przestępczego namaszczenia:
– znajomość tematu wynikająca z tradycji rodzinnych (większość przestępców wywodzi się z rodzin patologicznych, z przestępcami wśród krewnych. To samo zjawisko „dziedziczenia roli” występuje na przykład wśród rodzin wykształconych, będących w większości przypadków źródłem kolejnego wykształconego pokolenia)
– bycie „wykluczonym” już z innych względów (na przykład przynależność do odrzucanej mniejszości etnicznej, kulturowej, seksualnej itp.)
– wrodzona skłonność do zachowań wykraczających poza przyjęte normy (tu wymienia się na przykład hiperaktywność, ociężałość umysłową, psychotyczność)
Pierwszy – i najsilniejszy – z atutów: pochodzenie, wydaje się być znakomitą przesłanką do rozwijania prewencji. Skoro przestępcy nie pojawiają się losowo, lecz w przewidywalnym miejscu i czasie – dlaczegóżby nie zająć się całkiem uchwytnymi pierwocinami przestępczości? Jednak częściej się słyszy o dofinansowaniu policji, niż pracowników socjalnych, którzy nie mają tej bohaterskiej aureolki przynależnej „strażnikom prawa” uzbrojonym w spluwy.
Drugi atut potencjalnego przestępcy: przynależność do nietolerowanej, wykluczonej mniejszości, wskazuje na ryzyko przekształcenia kodeksu karnego i związanego z nim aparatu w narzędzie walki w konflikcie kulturowym. A nie jest to aparat przystosowany do rozwiązywania tego rodzaju konfliktów, więc jeśli już dana mniejszość została ulokowana/ulokowała się w rolach bohaterów paragrafów, to z czasem drugi atut wzmacnia się o pierwszy.
Trzeci atut, czyli cechy wrodzone, które sprawiają, że dana osoba od najmłodszych lat ma problemy z przystosowaniem się do otoczenia, jest zarazem swoistą próbą tegoż otoczenia. W Europie oddzielenie osób zaburzonych psychicznie od przestępców dokonało się względnie niedawno – tuż po Rewolucji Francuskiej. Od tego czasu z wielkim trudem uczono się rozróżniać zachowanie, które należy karać, od tego, które należy leczyć. Leczenie częstokroć okazywało się zakamuflowaną karą. Dziobiemy INNYCH, może nie tak bezwględnie jak ptaki, ale jednak… A dziobiąc czego najskuteczniej uczymy? Niestety – samego dziobania.
Idąc dalej: gdy przy odrobinie talentu i odpowiedniej dozie samozaparcia obejmiemy już rolę przestępcy – to nie tylko sami się z nią identyfikujemy, ale i otoczenie postrzega nas i zachowuje się wobec nas poprzez jej pryzmat. I oczekuje od nas konsekwencji, tak jak i my sami cenimy sobie ciągłość naszej tożsamości/roli.
Obowiązkiem przestępcy, jego rolą, jest łamanie prawa i zostanie odrzucony (niezrozumiany, zignorowany) przez otoczenie, jeśli postąpi wbrew swej roli (zaś za efektywne dopełnienie swej roli zostanie nagrodzony publicznym uznaniem, czyli pościgiem, procesem i wyrokiem), chyba, że uda mu się społeczność przekonać, że pełni już inną rolę (zarówno społeczność „przywoitą”, która potrzebuje go jako przestępcy, jak i kastę przestępczą, która znowuż zmianę roli traktuje jako zdradę, podważenie jej systemu wartości i potencjalne zagrożenie – taka konwersja łączy się z utratą wsparcia i deprecjacją swojej dotychczasowej tożsamości).
Fatum raz objętej roli (wspólne nam wszystkim) odbija się w doświadczeniach przeciętnego osadzonego po opuszczeniu więzienia – częstokroć spotyka się z czymś, co można nazwać ukrytą sugestią trwania przy swej roli. Nie ma wstępu do świata „niekaranych”. Zresztą – jeśli bycie przestępcą jest jedyną znaną mu rolą, z którą mógłby się identyfikować, to co mu pozostaje? Lekarz też nie stanie się na przykład cyrkowcem sam z siebie, nawet po pięciu latach „inspirującej” izolacji.
Jak, w kontekście „społecznej przydatności”, przedstawia się kara śmierci? Jej stosowanie wydaje się mieć trzy główne zalety, a mianowicie: kara śmierci jest dyscyplinatorem, ale bynajmniej nie przestępców, lecz „przyzwoitych” obywateli (jest sygnałem od Państwa: „pilnuj się, bo możemy cię zabić”). Uśmiercenie „złego” zaspokaja żądzę odwetu, a w swym wymiarze symbolicznym jest tryumfem nad „złymi” w ogóle. Ponadto kara śmierci, poprzez identyfikację obywatela z wymierzającym ją Państwem, daje ludziom poczucie siły – mocy zabijania, które to poczucie ma ten magiczny i niezmiernie kuszący walor, iż uśmierza nasz własny lęk przed śmiercią. Trup – to śmierć na zewnątrz, nas nie dotykająca, na moment jego zgonu jesteśmy „ponad” nią. A przestępca – to złe na zewnątrz, w opozycji do niego możemy błyszczeć swoją prawością.
Ciekawe, czy kiedyś przestaniemy potrzebować przestępców…
1. Cały czas mam na myśli „klasycznych” przestępców – stwarzających bezpośrednie, fizyczne zagrożenie. Tzw. „przestępcy w białych rękawiczkach” nie są przestępcami w tradycyjnym, intuicyjmym rozumieniu tego słowa. Przestępcami uczyniło ich dopiero współczesne prawo – drzewiej byli po prostu „złymi, rozrzutnymi Panami, ze skłonnością do nałogu, hazardu i psucia dziewek”. Przez wieki nie było na nich paragrafu, co najwyżej gniew ludu lub Boga. Ze względu na tę tradycję diametralnie wyższy poziom emocji i satysfakcji daje zagazowanie mordercy niż osądzenie człowieka, który zdefraudował miliardy, doprowadzając do nędzy, chorób i samobójstw setki ludzi. Doprowadzanie innych do nędzy samo w sobie w ogóle nie jest przestępstwem – jest przywilejem Pana/Władcy.
- Zaloguj się lub załóż konto, by skomentować.