media społecznie zaangażowane

Trup w szafie

Fnoll
6 lutego 2004

więta, święta… nie da się ich nie zauważyć, nie da się w nich nie uczestniczyć, choćby się było zatwardziałym animistą, choćby się nie lubiło coca-coli (krakowski rynek w ostatnie święta „przyozdabiała” choinka obwieszona paczkami z napisem „coca-cola”). Myślę sobie: hmm, „Boże Narodzenie”, czyli od razu wiadomo, że rodzi się Bóg (kwestię boskości Chrystusa rozstrzygnięto ustawowo w trzeciego wieku, więc nic dziwnego, że w polskiej mowie jest już jednoznacznie Bogiem; pytanie, czy Jezus zdawał sobie sprawę ze swej boskości, do dziś pozostaje przedmiotem spekulacji, z braku stosownego dekretu), ale w angielskim jest już Christmas, czyli po prostu dzień liturgicznie dedykowany Chrystusowi, bez konkretnego wskazania na powód (skądinąd wiadomo, że te święta zastępowały pogańskie obrzędy wokół zimowego przesilenia, stąd taka a nie inna ich data), w niemieckim zaś jest Weihnachten, czyli po prostu „Święta Noc”, i ta nazwa mieć może nawet przedchrześcijańskie korzenie. Cóż, Niemcy nie bez przyczyny byli najżyźniejszą glebą dla neopoganizmu… Czemu w polskim akurat „Boże Narodzenie”? Kto, kiedy i dlaczego to wymyślił? Nie wiem. Może w archiwach Watykanu spoczywa odpowiedni, zapobiegliwy dekret… Jakie teologiczno-społeczne względy kierowały autorem sloganu „Boże Narodzenie”? Obawiano się, że na ziemiach polskich podniesie swój hydrzasty łeb herezja, która tylu pierwszych chrześcijan przywiodła do mordobić i niesnasek, twierdząca, jakoby Chrystus Bogiem nie był, a jeno posłańcem bożym? Hmm…

W ostatnie święta sam siebie zaskoczyłem herezją nowego typu: po minięciu kolejnej wystawy sklepowej oklejonej świątecznymi bombkami od coca-coli naszła mnie myśl, że u podstaw całego chrześcijaństwa leży… niedokończona żałoba, niezgoda na odejście kogoś szczególnie bliskiego. Niedokończona żałoba przydarza się niektórym rodzinom: codzienne rytuały kręcą się wtedy wokół zmarłego, tak, jakby ciągle był obecny. Pierze się jego pościel, zostawia miejsce przy stole… Byłobyż to możebne, iż Apostołowie tak ukochali swego Nauczyciela, tak się do niego przywiązali, że pogodzenie się z jego odejściem poczytywaliby za zdradę, za sprzeniewierzenie się swemu oddaniu? I po paru dniach zamętu uznali po prostu w swych sercach, że on ciągle wśród nich jest. Zrobili z niego zakładnika swego przywiązania, sami stając się jego zakładnikami. A potem… cóż, obłęd się udziela. Każdy w owych okrutniejszych czasach stracił kogoś bliskiego; niedokończona żałoba, zaprzeczanie odejściu bliskiego, mogło być doświadczeniem powszechnym, łatwym do przeniesienia na Jedynego, który odchodząc – wcale nie odszedł, a w dodatku – wróci. Lecz dziś? Szpitale, medycyna, poluźnienie ludzkich więzi, większa gotowość na zaakceptowanie nieuchronnego z jednej strony (zen i tak dalej) i totalne wyparcie śmierci z drugiej (fast-life), osłabiają potrzebę obcowania z nieumarłym, wciąż obecnym. Chętniej obcujemy z rubasznym santa klossem coca-coli, dziadkiem dionizosem, który w miejsce trwogi wkłada upojenie (co by się na zapas nachapać – jakby się dało).

Tak, żyjąc w tym kraju, z tą tradycją, nawet zatwardziały animista nie może przejść obojętnie wobec pytań takiego kalibru, jeśli ma w sobie ociupkę wrażliwości…