Tutaj powinien być tytuł artykułu

O.L.
31 października 2004

Nie ma go. Tytuł pojawi się później, gdy skończy się pierwsza tura wyborów i skończy się noc z niedzieli na poniedziałek. Tę noc już nazywają „kasztanową rewolucją”. Mogą nazwać ją „krwawą niedzielą”, „nocą długich noży” czy „folwarkiem zwierzęcym”. Nazwę wymyślą później, a na razie:

W kraju trwa kampania wyborcza. Ten „zbiór wydarzeń służących realizacji kolejnego ważnego zadania społeczno-politycznego” powoduje „atak histerii oraz głośne szlochy z krzykiem i wołaniem”, zastępowane przez „stan zwątpienia, wahania, będący konsekwencją niemożności zrozumienia, o co chodzi.” A mówiąc po ludzku: co się dzieje?

Mojej przyjaciółce śnią się koszmary, w których przychodzi do niej Janukowycz i oświadcza: „Jestem kobietą. Idziesz na wybory, a nie wiesz, że jestem kobietą.” Mnie bladym świtem śni się Gandalf w ostatniej scenie z pierwszej części filmu „Władca pierścieni”. Pamiętacie: zwiewny, płonący, staje na drodze demona z Morii i krzyczy: „Nie przejdziesz!” Ale zamiast demona z głębin wyłazi Janukowycz. Twarz Gandalfa staje się twarzą jeszcze ładnego Juszczenki, potem – znów Gandalf, potem – sprzedawczyni z pobliskiego sklepu, potem – twarz przyjaciela… Frodo jakiś taki podobny do Kuczmy… Zupełne wariactwo. Ale absurdalność moich widziadeł, tak jak i snów przyjaciółki jest niczym w porównaniu z paranoją kampanii wyborczej.

Na początek, kandydat na prezydenta karany za przestępstwa kryminalne, które odsiedział jeszcze za czasów sowieckich. I szokujące jest nie to nawet, że tej informacji nikt nie ukrywa i nawet nie to, że Kuczma rehabilitował Janukowycza, tym samym jako pierwszy informując o kandydacie – więźniu. I nawet jeszcze nie to, że wyborczy specjaliści od Public Relations przemienili ten fakt w biografii kandydata w zaletę („Siedział, ale za to jakie ma doświadczenie życiowe” – z przemówienia agitatora). Zadziwiające jest to, że u nas w ogóle możliwe jest pojawienie się takiego kandydata – o którego inteligencji, doskonałej znajomości języka ukraińskiego i specyficznym sposobie gestykulowania powiadomiony został cały naród. Jest to kandydat ekscentryczny, specyficzny i, co istotne, podkreśla te swoje zalety.

Epizod z rzuconym jajkiem, a potem pełna boleści twarz kandydata Janukowycza na szpitalnej sali przypomina tragifarsę. Jawny nacisk na studentów, nauczycieli, lekarzy, urzędników w całym kraju. Niewiarygodne ilości billboardów Janokowycza, otwarta fałszywość telewizji.

Wszystko – na powierzchni.

Więc jak to jest, Władcy Marionetek 2004 nie boją się niczego? Prawidłowo opracowali kampanię medialną? A może zgodnie z ich scenariuszem właśnie tak powinien zachowywać się kandydat na prezydenta W. F. Janukowycz? Podkreślając jak gdyby: a czego możemy spodziewać się od człowieka, który wyszedł na wolność z ksywką „cham”, co „w żargonie” oznacza „męski zewnętrzny organ płciowy”.

O wszystkich tych wydarzeniach wiedzą także i ci nieliczni (w skali kraju) posiadający dostęp do Internetu i ci, którzy mogą jeszcze oglądać program „5” (choć obiektywizmu po nim spodziewać się nie należy, mimo wszystko jest to jedyne jawne opozycyjne źródło informacji). Lecz nawet tych skazanych na oficjalną telewizję, do których nie dochodzi większa część informacji, dziwi chociażby wizualna obfitość Janukowycza.

A jak tragikomicznie na tym tle wyglądają reklamówki innych kandydatów: wszyscy co do jednego – maszkarony. Nie zapamiętujesz nazwisk: tylko obrazy. Jeden – błazen, drugi – głupek, trzeci zupełny schizofrenik. I na czele Juszczenko, z maską w sam raz na Halloween. Aż chce się wrzasnąć: zatrzymajcie wybory – ja wysiadam.

Histeria narasta nie tylko dzięki jawnie wyzywającemu zachowaniu Janukowycza, który otwarcie manifestuje: będę się zachowywać tak, jak mam ochotę! I zostanę prezydentem, nawet z taką przeszłością, nawet z takim zachowaniem!

Histeria wznosi się i narasta także dzięki agresywnemu zachowaniu opozycji. I wszystkim wydaje się to usprawiedliwione, gdyż nie widać tej cienkiej linii, oddzielającej manipulację nastrojami ludzi od ich prawdziwego nastroju. Do tego, cielęce zachowanie Kuczmy niepokoi i zadziwia. A może w tym scenariuszu taka właśnie jest jego rola?

Te fakty prowokują we mnie smutne pytanie: czy nie wciskają nam czasem kitu? Łapią na żywą przynętę, podkładają świnię, opowiadają o ciąży urojonej. Sens od tego nie ulega zmianie: cała ciężka artyleria w kraju pracuje dla Janukowycza, nie zależnie od tego, czy jest to robota „za” czy „przeciw”.

I ja nie mogę zrozumieć, co to takiego: naturalny skutek „demokratycznych wyborów”, gdy musimy wybrać mniejsze zło (tak jak w pewnym starym filmie, gdzie król obdarza swą łaską poddanego: jestem dziś dobry, jak wolisz umrzeć: przez powieszenie czy od razu kulka w łeb?) czy mimo wszystko „kit”?

Taki tok wydarzeń przypomina operacje wojenne towarzysza Stalina, który wszystkie siły gromadził w uprzednio ogłoszonym miejscu szturmu generalnego, a ataku dokonywały dwa oddziały piechoty na drugim końcu linii frontu. I towarzysz Stalin wygrywał. Było to zwycięstwo usiane trupami.

I co wychodzi? Albo obecna władza działa tak bardzo „na chama”, nie bez podstaw zakładając, że „łykną; nie takie rzeczy łykali, gdy było trzeba”. Albo zabawa jest bardziej subtelna (w tym przypadku schlebiam ukraińskim Mazzarinim) – i wybory mocno nas zdziwią.

Zdziwią nas jeszcze przed swoim rozpoczęciem, kiedy pod budynek Centralnego Komitetu Wyborczego przyjdą ludzie. Zdziwi to, jak bardzo różni ludzie tam się znajdą i jak dużo ich tam będzie. Jakby zaprzeczając twierdzeniu, że Ukraińcy to zwierzęta cierpliwe. Jedni przyjdą, wierząc święcie w wyjątkowość Juszczenki i zgniliznę Janukowycza. Inni, protestując nie „za” Juszczenką, ale „przeciw” Janukowyczowi. Wielu moich przyjaciół będzie tam nie dla tego, żeby poprzeć jednego z kandydatów, lecz wyłącznie dlatego, że nie zgadzają się być bydłem, za jakie uważają nas politycy. Wszyscy przyjdą absolutnie przekonani, że wygra Janukowycz – a to znaczy, że będzie wojna.

Jeżę się na myśl o tej 100% pewności, że przyczyna spowoduje właśnie taki skutek, a nie żaden inny. Zrozumiała przyczyna – przygotowany i wyreżyserowany skutek? Rola protestujących także określona – mięso armatnie?

Czym by się nie skończyło to przedstawienie, rezultat już jest: zniknęła ta ciągła pewność, że nikt niczego nie może zmienić. Oto rysa w zwyczajnej pokornej obojętności, na której żerują nasi politycy. Co ją zastąpiło? Agresja, złość, rozdrażnienie. Nijak nie „twórcze” emocje, ale także nie „barania” pokora.

W niedzielę wybory. Kolejny akt tego korowodu. Obawiam się, że nie ostatni. I domyślam się, że ciężko będą mieli ci, którzy wyjdą na plac w noc wyborów. Jak karty tasuję fakty i kombinacje wariantów i wciąż gryzie wątpliwość, że „wyrolują” nas w każdej sytuacji. I jedyne, co pozostaje, to nie przestawać tasować talii i nie bać się rozdać. Zaczęliśmy myśleć, chcemy się sprzeciwiać. W takiej sytuacji, 31 października może być dla nas dopiero początkiem.

Przełożyła Małgorzata Misiak-Orlović