media społecznie zaangażowane

Człowiek w Białej Czapce

Sabocat
22 kwietnia 2005

P

oczątek kwietnia upłynął pod łopoczącym biało-żółtym sztandarem przepasanym kirem. Zmarł Człowiek w Białej Czapce. Cóż z tego – można by powiedzieć, w końcu codziennie ktoś umiera niezależnie od tego czy głowę ma odzianą, czy nie. Rzecz jednak w tym, że tym razem nie był to byle jaki posiadacz czapki. To Pierwsza Biała Czapka Świata – duchowy przywódca części tych, którzy wierzą w boskość innego osobnika, słynącego między innymi z rozmnażania zmiennocieplnych kręgowców wodnych, zwanych także rybami. Ów Człowiek w Białej Czapce zasłynął też z cotygodniowego wystawiania odzianej czepcem głowy przez okno na jeden z placów, gdzie rozentuzjazmowana gawiedź wrzeszczała jego imię.

Szczególną popularnością Człowiek w Białej Czapce cieszył się w swej ojczyźnie. Miasta były pełne jego pomników. Mieszkańcy gmin i województw chcieli mieć w pobliżu przynajmniej ulicę Człowieka w Białej Czapce albo, jak się dało, to coś poważniejszego, choćby most Człowieka w Białej Czapce albo jeszcze lepiej tamę. I pewnego dnia Człowiek w Białej Czapce odszedł. Władza kościelna, świecka i media zarządziły żałobę. Ulice spowiła obowiązkowa czerń. Co bardziej zorganizowane miasta urządziły zbiorowe modły, a w tych niezorganizowanych pozostało wystawienie świeczki w oknie. Gaszono równocześnie światła bądź je zapalano. Gromadzono się na skwerach lub solidarnie je omijano. Padano na kolana przed telewizorami lub je wyłączano. A jedna pani uczciła śmierć Człowieka w Białej Czapce zatrzaśnięciem się w windzie, kiedy ku czci godziny 21.37 zdecydowano się na odłączenie prądu w całym budynku, by tym samym oszczędzić mieszkańcom trudu biegania po mieszkaniu i gaszenia świateł. Osoba Człowieka w Białej Czapce na krótki czas połączyła osobników dotąd sobie obcych i wrogich.

Zaistnienie znanej w psychologii od pół wieku prawidłowości, że wspólny cel likwiduje antagonizmy, przypisano cudownym działaniom zza grobu Człowieka w Białej Czapce. Owo działanie sprawiło, że osobnicy zjednoczyli się w ekspresywne tłumy i zajęli ulice. Na moment wszyscy rodacy Człowieka w Białej Czapce mogli być w większej ilości razem w miejscu innym niż supermarket. Spotykali się dotąd w korkach na skrzyżowaniach, w kolejce do kasy, a teraz poczuli, że są silni i że są razem. Ale władza nie musi martwić się, Kościół odpowiednio zadba o skanalizowanie rozchwianych emocji. Zapędzi tłumy do gorliwej modlitwy, zwiększając tym frekwencję w kościołach. Na tym pewnie się skończą społeczne zmiany spowodowane odejściem Człowieka w Białej Czapce. Nie powstaną trwalsze wspólnoty, nie pojawią się głosy protestu. W końcu wiadomo, że najlepsze lekarstwo na wszystko to modlitwa.