media społecznie zaangażowane

Demaskowanie spektaklu

Marcin Starnawski
23 stycznia 2005

Socjolog stający wobec zadania przeanalizowania i zdiagnozowania obecnego stanu życia publicznego w Polsce nie może narzekać na nudę. Rzeczywistość społeczna III RP oraz jej rozmaite polityczne i medialne projekcje dostarczają tak wielu tyleż zajmujących, co zadziwiających kwestii, że póki co od Podlasia po Dolny Śląsk badaczom społecznym nie grozi wizja braku zajęcia. Inna sprawa, że dominująca część ich dzisiejszej działalności nie wykracza zbytnio poza dostarczanie, jakkolwiek różnymi wyrafinowanymi sposobami, akademickich glejtów dla barbarzyńskich wizji i praktyk odpowiedzialnych za coraz mniej przyjazny kształt naszych zbiorowych stosunków. I nie chodzi bynajmniej tylko o kształt wyobrażony czy postulowany w porywach szaleńczych omamów, ale przede wszystkim o samą społeczną materię. Otóż dzisiejsi piewcy religii zysku i ekonomicznej wydajności zdają się powtarzać brednię popularną już ponad dwadzieścia lat temu: „Nie istnieje nic takiego jak społeczeństwo, a jedynie jednostki w swych rodzinach”. Słowa te wyrzekła w owym czasie niejaka Thatcher, po czym swą żelazną ręką i policyjną pałką rozbiła brytyjskie klasy pracujące oraz ich socjalne i obywatelskie nadzieje.

Antyspołeczne hasło zachodniego neokonserwatyzmu nabrało w Polsce aktualności co najmniej na dwa sposoby. Z jednej strony: w postaci powtarzanego z różnych stron politycznej sceny sloganu o wyższości tego, co indywidualne/prywatne nad tym, co zbiorowe/publiczne. (Slogan ten wspiera się zresztą na swoistym dogmacie o nieomylności Balcerowicza – jednym z niewielu dogmatów mogących w naszym kraju, o ironio, skutecznie konkurować z dogmatem o nieomylności papieża). Ale teza o „nieistnieniu społeczeństwa” zadziałała, niczym samospełniająca się przepowiednia, również w praktyce życia publicznego. Nie dość, że społeczeństwo jako „ogół obywateli” skutecznie oddzielono od sfery, w której zapadają wszelkie polityczne decyzje owych obywateli dotyczące, to decyzje te są niejednokrotnie z głosem społecznej opinii sprzeczne (przykładem może być chociażby stosunek do wojny w Iraku, aborcji czy prywatyzacji). Ale jest gorzej. Poza nielicznymi enklawami względnie egalitarnej debaty publicznej, zdecydowana większość tzw. wolnych mediów coraz częściej bierze stronę elit politycznych (partyjnych i kościelnych), propaguje kult kapitalistycznych dyktatorów rynku czy wykreowanych przez tenże rynek postaci kultury popularnej. Jednocześnie z obywateli czyni się już nawet nie tło, ale ogłupiałą publiczność politykierskiego spektaklu o demokratycznej fasadzie. Choć zrozumienie przyczyn tego spektaklu nie jest czymś co udaje się mieszkańcom naszego kraju powszechnie, paradoksalnie wygląda jednak na to, że i tak „zwykły Kowalski” w swoim wszak uzasadnionym nawyku narzekactwa posiada większą zdolność krytycznego oglądu rzeczywistości społecznej niż niejeden z działających na usługach nowych klas panujących przedstawicieli nauk społecznych. Wprawdzie na poziomie rozpoznania przyczyn społecznych problemów socjologiczny dyskurs „wielkiej zmiany” nie jest już jedynym istniejącym, lecz w warstwie interpretacji problemów i wniosków dotyczących zmian społecznych, elitystyczna teza o „niedostosowaniu” „zepsutego przez PRL społeczeństwa” do realiów kapitalizmu, jedynie sporadycznie napotyka na silną intelektualną przeciwwagę.

W tym kontekście cieszy pojawienie się książki Demokracja spektaklu? Kondycja polskiego życia publicznego 15 lat po zmianie systemowej, będącej wartościowym zbiorem głosów w akademickiej dyskusji nad zależnościami między kształtem społeczno-gospodarczego systemu III RP a jej sferą polityczno-obywatelską. Już sam tytuł, poprzez prowokujące skojarzenie z poprzedzającą zachodnią rewoltę ‘68 roku książką Deborda, zapowiada bezceremonialne spojrzenie na odrealniony i utowarowiony świat społeczny, a przede wszystkim na mechanizmy go wytwarzające i działalność tych, którzy mechanizmy te napędzają. Dwanaście esejów składających się na książkę – będącą w znacznej części pokłosiem konferencji naukowej, która odbyła się w marcu 2004 r. we Wrocławiu – cechuje rzadka dziś, niestety, wśród spadkobierców Ossowskiego czy Hochfelda, umiejętność połączenia intelektualnego krytycyzmu z konsekwentną „obroną społeczeństwa”. Poprzez demaskatorskie analizy różnych dziedzin życia publicznego, autorzy opisują rzeczywistość, w której – jak pisze redaktor tomu Piotr Żuk – „dominujące ideologie traktuje się jak zdroworozsądkowe oczywistości niewymagające uzasadnienia, ograniczenia praw obywatelskich nazywa się mianem obrony porządku publicznego, presję ekonomiczną nazywa się racjonalizacją życia społecznego, a irracjonalne autorytety funkcjonują jako autorytety moralne„. Przede wszystkim zaś autorzy upominają się o tych, o których na skutek neoliberalnego zaczadzenia elity polityczne i intelektualne regularnie zapominały w ciągu ostatnich piętnastu lat: bezrobotnych i ubogich, mniejszości oraz „bezdomnych politycznie” zwolenników życia zbiorowego opartego na zasadach sprawiedliwości społecznej, solidarności i tolerancji. Dlatego też, publikację tę można – obok innych, pojawiających się sporadycznie głosów tych polskich intelektualistów, którzy podważają kapitalistyczno-klerykalne status quo III RP – potraktować nie tylko jako krytyczną analizę niedomagań rodzimej demokracji, ale także jako wkład do ciągle tworzącego się u nas nowoczesnego dyskursu lewicowego oraz wciąż powracającej dyskusji o stanie i przyszłości lewicy.

Do najciekawszych tekstów proponujących całościowe, systemowe spojrzenie na dynamikę transformacji, należy artykuł prof. Tadeusza Kowalika, który analizuje tworzenie się „oligarchicznej demokracji” na bazie „oligarchicznego kapitalizmu”. Autor omawia ów proces na przykładzie społeczeństwa amerykańskiego, w którym wykształcił się specyficzny układ władzy z „oligarchiczną triadą” giełdy, Ministerstwa Finansów oraz Międzynarodowego Funduszu Walutowego na czele. Ów model amerykański, na którym tak chętnie wzorują się polskie elity polityczne i gospodarcze, to społeczeństwo postępującego rozwarstwienia ekonomicznego, co najlepiej obrazują liczby dotyczące dochodów (na przykład różnica miedzy zarobkami stu czołowych prezesów korporacji a średnią płacą była 1970 r. 39-krotna, zaś w 1999 r. ponad tysiąckrotna). Oligarchia korporacji coraz mniej przypomina utopijny model wolnorynkowy. Zaś postępujące wykluczenie wielu grup społecznych oraz medialna demonizacja roli związków zawodowych i protestów obywatelskich skutecznie utrwalają pasywność większości społeczeństwa.

O ile w polskich mediach rynkowy fundamentalizm przyjął się jako ideologia dominująca według wzorców amerykańskich, o tyle sam kształt polskiego kapitalizmu ma – jak przekonuje Kowalik – charakter swoisty. Pomimo szumnych zapowiedzi architektów „wolnego rynku” o wycofaniu państwa z gospodarki, nastąpił proces odwrotny – rozrost administracji państwowej, a kadry polityczne (w znacznej części rekrutujące się ze środowiska naukowego) połączyły się ze środowiskiem biznesu tworząc opartą na korupcji i wzajemnym klientelizmie klasę, tak dobrze znaną z codziennych doniesień prasowych. Efektem zagrabiania społecznego dorobku poprzednich pokoleń oraz podejmowania nieodpowiedzialnych społecznie i wbrew obywatelom decyzji w sferze polityki gospodarczej, jest „kapitalizm oligarchiczno-korupcyjny charakteryzujący się dużym udziałem XIX-wiecznych (jeśli chodzi o warunki pracy, płacy i zabezpieczenia socjalnego) stosunków społecznych oraz wysoce niestabilną strukturą polityczną”. Destrukcyjne rezultaty działań polskiej oligarchii pogłębia zaś zależność rodzimego kapitalizmu od korporacyjnego kapitału zagranicznego, czego wynikiem jest z kolei peryferyjność polskiej gospodarki.

W podobnym duchu pisze Przemysław Wielgosz, który zwraca uwagę na fakt, iż uczynienie z Europy środkowo-wschodniej peryferii światowego kapitalizmu wiąże się z dezindustrializacją regionu na rzecz inwestycji w sektorze finansowym, a także z wysokim udziałem kapitału zagranicznego w tym ostatnim (na przykład w Polsce: 70% sektora bankowego). To właśnie „półperyferyjny status restaurowanego u nas kapitalizmu i po części kompradorski charakter uformowanej w toku jego tworzenia klasy rządzącej” jest „kluczem do zrozumienia postępującej gwałtownie alienacji polskiej sfery publicznej”. Innymi słowy „natura i polityczna funkcja życia publicznego w naszym społeczeństwie uzależniona jest od jego społeczno-klasowych fundamentów”, czyli nędza ekonomiczna i brak bezpieczeństwa socjalnego przeważającej części społeczeństwa, a także ujednolicenie „klasowo słusznych” przekazów medialnych rodzą nędzę polityczną i apatię obywatelską.

Obok artykułów odnoszących się bezpośrednio do społeczno-ekonomicznej bazy polskiej transformacji, sporo miejsca zajmują w książce teksty dotykające istoty transformacji na poziomie jej symbolicznych przejawów w dyskusjach publicznych, w szczególności w mediach. Doskonałym przykładem może być dokonana przez Michała Kozłowskiego udana próba odczarowania „dyskursu transformacji” jako swoistego języka mającego uprawomocniać kształtujące się przez lata reguły funkcjonowania systemu politycznego i gospodarczego. Pojęcie „transformacji” jest tu zabiegiem ideologicznym służącym określeniu kierunku i celu zmiany przedstawianej z jednej strony jako „powrót do normalności”, z drugiej zaś jako modernizacyjna „rewolucja” pro-zachodnia, choć faktycznie w warunkach polskich była to restauracja „tego, czego nigdy nie było”. Polski projekt transformacyjny zawierał pozornie sprzeczne, choć w praktyce dopełniające się aspekty: neoliberalizm i konserwatyzm. Ten osobliwy wybór to, jak łatwo się przekonać, efekt oddziaływania jednej z wersji mitologii amerykańskiej, sam zaś konserwatywno-republikański amerykanizm ma w polskim życiu publicznym konsekwencje idące dalej. Pociąga on za sobą „eurofobię”, która skutecznie głoszona zarówno w wersji „nowoczesnej” (neoliberalna niechęć do Unii Europejskiej jako „superpaństwa”) jak i tradycjonalistycznej (ultrakatolicka niechęć do europejskiego pluralizmu), oddala Polaków od wspólnoty politycznych interesów z innymi obywatelami państw Europy. Kozłowski konkluduje, iż „transformacja się skończyła”, a jej produktem finalnym jest „krajobraz niegościnny”, ale „spokojny i monotonny”: pusta w treści i pozbawiona konstytucyjnej kontroli demokracja proceduralna, skarłowaciałe społeczeństwo obywatelskie, z którym nie liczą się polityczni decydenci, nierówności ekonomiczne i zdominowanie świata pracy przez władzę kapitału, podporządkowanie interesom imperium oraz religijny obskurantyzm i wpływy rzymskokatolickiego kleru – wszystko skrywa się za fasadą „polskich sukcesów”, jakimi jest przynależność do OECD, NATO i UE.

Im bardziej książka ta jest przydatna dla krytycznego oglądu transformacji i kształtu życia publicznego, tym większe może być jej znaczenie dla polskiej lewicy. I to z kilku powodów. Po pierwsze, stanowi przyczynek do dyskusji nad sposobem zwalczenia dotychczasowej programowej impotencji (lub niekonsekwencji) i moralnej zapaści dominującej formacji uznawanej za lewicową. Krytyka obozu SLD, obecna na co dzień w formie medialnego bicia na oślep, w książce pojawia się pod postacią systematycznych analiz dotyczących na przykład miejsca polityków lewicy w oligarchiczno-korupcyjnych układach w przestrzeni lokalnej czy próżni programowej ugrupowań obecnie rządzących. Po drugie, zaangażowana krytyka, jakiej książka dostarcza, nosi mniej lub bardziej wyraziste rysy lewicowe, choć należy podkreślić, że pomieszczone w tomie artykuły to głosy dość różnorodne i z pewnością wspólny dla nich lewicowy mianownik musiałby być względnie szeroki. Po trzecie wreszcie, pojawiają się nieśmiałe wskazania, czym polityka lewicowa mogłaby w obecnej sytuacji być. Dla prof. Kowalika będzie to oparty na pozbawionym perspektyw socjalnych młodym pokoleniu, społeczny ruch w obronie humanitarnych zapisów konstytucji RP. Piotr Żuk wysuwa ogólny emancypacyjny projekt inspirowany post-oświeceniowym humanistycznym krytycyzmem jako jeden z kierunków wyjścia z obecnego stanu „macdonaldyzacji życia publicznego”. Natomiast Jacek Wódz jako jedyny podejmuje próbę zdefiniowania treści lewicowej polityki na szczeblu lokalnym. Lewicowość taka miałaby się według niego opierać na: egalitarnym, nie pomijającym żadnych grup społecznych, typie komunikacji społecznej; definiowaniu problemów społecznych z akcentem na kwestie ważne dla lewicowego programu (mogłoby to być na przykład nadanie priorytetu zachowaniu transportu publicznego w miejsce wysiłków zorientowanych na policyjną kontrolę grup alternatywnych); przede wszystkim zaś lewicowość władzy lokalnej oznaczać powinna zakres określonych celów społecznych, zwłaszcza takich, które „starają się ulżyć złym warunkom życia ludności w jakikolwiek sposób upośledzonej społecznie” oraz dotyczą wyrównywania szans i upowszechniania dostępu do służby zdrowia i oświaty.

Książka Demokracja spektaklu? powinna stać się zatem, zwłaszcza w środowiskach o orientacji lewicowo-postępowej, ważnym wydarzeniem nie tylko intelektualnym, ale i politycznym. W pierwszej kolejności dostarcza ona wyrazistej, postawionej przy pomocy narzędzi nauk społecznych, diagnozy systemu formującego się w ciągu ostatnich piętnastu lat. Ale stanowi również krok w debacie nad przyszłością tego systemu, a także zmusza do stawiania pytań o rodzaje strategii, celów i środków politycznych niezbędnych dla ocalenia polskiego życia publicznego przed autorytarno-kapitalistycznym spustoszeniem i uczynienia sfery publicznej dziedziną emancypacji szerokich warstw społeczeństwa.

Można zapewne wytknąć publikacji pewien niedostatek „równościowy”, jakim jest brak głosów wyraźnie feministycznych (za co odpowiedzialny może być dobór autorów – z jednym wyjątkiem samych mężczyzn), tym bardziej, że analiza procesów transformacyjnych z perspektywy kobiecej stanowi mocny – choć wciąż na lewicy niedoceniany – argument przeciwko neoliberalnej euforii. Dziwić też może zlekceważenie przez znaczną część autorów pojawienia się ruchu alterglobalistycznego – zjawiska może w Polsce niewielkiego, lecz realnego i domagającego się miejsca w życiu publicznym. Wątpliwości mogą się też pojawić w odniesieniu do konkretnych tez postawionych przez autorów wybranych tekstów, na przykład czy pożądane z punktu widzenia postulatu „uzależnienia polityków od wyborców” byłoby wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych (sugerowane przez Andrzeja Szahaja); czy warto – przynajmniej z perspektywy lewicy – przedkładać pojednawcze założenia „dialogu społecznego” nad ostrość stanowiska środowisk pracowniczych w konflikcie o charakterze klasowym (artykuł Juliusza Gardawskiego); wreszcie czy ewentualne militarne inwestycje polskiego rządu pobłogosławione przez Unię Europejską są rzeczywiście najsensowniejszą alternatywą dla marionetkowej roli tegoż rządu w układzie imperialnych interesów USA (jeden z wniosków wyłaniających się z tekstu Adama Chmielewskiego).

Książka pozwala jednak udzielić twierdzącej odpowiedzi na postawione w jej Wstępie pytanie dotyczące możliwości wyjścia poza „przedstawienie, w którym większości obywateli została przypisana rola statystów”. Pobudza ona niezbędną do tego celu „wyobraźnię socjologiczną”, czyli świadomość systemowych uwarunkować indywidualnych ludzkich losów. Wyjaśnia tragizm i krótkowzroczność politycznych decyzji kolejnych rządów po 89 r, a także pomaga bezceremonialnie spojrzeć na postępujące zidiocenie, kurczenie się i brunatnienie życia publicznego. Być może konkretne pytania – a tym bardziej odpowiedzi – o kierunek działań sił społecznych niegodzących się na darwinizm ekonomiczno-socjalny oraz klerykalizm jako ideologie panujące, wciąż czekają na wyartykułowanie. Ale język i wiedza, na gruncie których problemy te mogą zostać sprecyzowane jako kwestie polityczne, istnieją i są już całkiem zaawansowane. A to przecież niemało.

Demokracja spektaklu? Kondycja polskiego życia publicznego 15 lat po zmianie systemowej, pod redakcją Piotra Żuka, Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2004.

Marcin Starnawski - ukończył socjologię na Uniwersytecie Wrocławskim i judaistykę na Uniwersytecie Oksfordzkim; nauczyciel akademicki, tłumacz; członek redakcji "Recyklingu Idei".